8.04.2016

Epilogue.

Kate's POV:
Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Od naszych zaręczyn minęły dwa miesiące, ale nie chcieliśmy czekać. Oboje wiedzieliśmy, że nie potrafimy bez siebie żyć.
I właśnie dlatego stoję przed ogromnym lustrem w białej sukni, z długim welonem i bukietem kwiatów w dłoni.
Za pięć minut powinna w całym pałacyku zabrzmieć muzyka, a ja powinnam wyjść z pokoju, w którym obecnie się znajduje, by połączyć się ze swoim ukochanym.
Problemem jednak jest stres, przez który czuję jak drży mi całe ciało.
To właśnie się dzieje.
Moje marzenie o szczęściu z Justinem właśnie ma się spełnić, a ja bezradnie wpatruję się w odbicie i nie mogę opanować drgawek.
Serce bije mi na tyle szybko, że zaraz wyskoczy mi z piersi.
Posyłam swojemu odbiciu uśmiech, który automatycznie podnosi mnie na duchu.
Będzie dobrze, myślę. I wiem to. Czuję, że w końcu wszystko dzieje się tak jak powinno.
Unoszę delikatnie materiał sukni, poprawiam wolną ręką welon i w końcu zbieram się do wyjścia.
Może chociaż tym razem nikt ani nic nas nie zaskoczy.


***

Muzyka cicho pomrukuje na polanie. Wreszcie docieram na szpilkach do miejsca, z którego za kilka sekund powinnam wyjść. Przed wszystkimi gośćmi osłaniają mnie ozdoby. Wreszcie zza kwietnika wychodzi James, z którym mam dotrzeć do ołtarza. Posyła mi szczery uśmiech, co z trudem odwzajemniam. Stres opanował nawet moją twarz.
Przyjaciel chwyta mnie pod ramię i spokojnie wychodzimy.
Goście natychmiast obracają się w naszą stronę, patrząc się jak zaczarowani. Przyglądam się obrazowi, który wręcz maluje się na moich oczach. Polana na błoniach średniowiecznego zamku. Brzmi jak z bajki? To wyobraźcie sobie na niej wielki namiot, w środku którego poustawiane są białe krzesła, plenerowy ołtarz i ślubne ozdoby, a środkiem idzie panna młoda. To spełnienie moich najskrytszych marzeń.
Kątem oka widzę Kim, która przeciera oczy z łez. Mimowolnie spoglądam na pierwsze rzędy, w których powinni siedzieć moi rodzice. Nie ma ich i chociaż trudno mi się z tym pogodzić, wiem, że patrzą na mnie z góry i są dumni. Cieszą się z mojego szczęścia.
Mój wzrok w końcu zatrzymuje się na Justinie, który wyprostowany stoi dumnie, wyczekując mojego nadejścia. Uśmiecha się szeroko, nie odrywając ode mnie oczu. Nie sposób tego nie odwzajemnić. Po chwili znów czuję przypływ radości i miłości, którą go darzę.
Droga do ołtarza nareszcie się kończy. James delikatnie mnie puszcza i odsuwa się, zajmując miejsce świadka, tuż obok Kim. Łapię dłoń Justina jak swoje własne koło ratunkowe. Tyle razy mnie uratował, że zasłużył na to miano. Co najważniejsze, uchronił też moje serce przed destrukcją.
Wyczuwam wszystkie emocje, którymi mnie darzy. Wpatrzeni w siebie jak w obrazek, stajemy na przeciwko księdza. On również się uśmiecha.
Ceremonia rozpoczyna się na dobre.
Wreszcie dzieje się to, na co tak długo czekałam.
Justin zabiera głos:
- Ja, Justin Drew Bieber, biorę Ciebie, Kate Miley Cyrus za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.
Udaje mi się zatrzymać łzy, jednak gdy zabieram głos słychać w nim drżenie.
- Ja, Kate Miley Cyrus, biorę Ciebie Justinie Drew Bieberze za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.
Utrzymując kontakt wzrokowy tak intensywny i tak szczęśliwy, ściskamy swoje dłonie. Kim i James podchodzą, by podać nam obrączki.
Po chwili ciszy padają słowa:
- Ogłaszam was mężem i żoną! Możesz pocałować pannę młodą.
Gości ogarnia wrzawa, ale nie skupiam się na tym. Czuję jakbyśmy zostali tam sami. Tylko ja i Justin. Całujemy się mocno, silnie, a miłość, która nas przepełnia uderza mnie z ogromną siłą. Ten pocałunek różni się od wszystkich poprzednich.
Jest jak obietnica.
Obietnica wieczności.


No one’s POV:
Żadne z nich nie przypuszczało, że przypadkowe spotkanie, rozmowy do czwartej nad ranem, wspólny śmiech, jej łzy, rozstania i powroty zaprowadzą ich tam, gdzie powiedzą sobie "TAK". I w tym pięknym momencie zostawiamy Kate i Justina, by ich miłość mogła nadal trwać, a cała historia stała się nieskończonością.
~*~
No i jak wspominałam wcześniej - płaczę jak bóbr.  Cały ten epilog znany mi był przez ostatnie dwa lata i tylko czekałam, aż wreszcie będę mogła się nim podzielić z Wami.
Jestem z siebie dumna, że opisałam całą historię Kate i Justina tak jak chciałam ;) Jeśli będziecie mieli kiedyś ochotę tu wrócić to zachęcam, by przeczytać całość drugi raz, bo każde słowo ma tu znaczenie. Jak już mówiłam, oddałam temu opowiadaniu część siebie i mam nadzieję, że będzie tu i w waszej pamięci trwała przez długo.
Nie chcę już przeciągać, cieszę się, że wytrwaliście do końca opowiadania!
Niedługo doczekamy się mojej własnej książki! Jak już tylko będę znała pewne szczegóły to postaram się wam dać jakoś znać. :)
A oprócz tego znajdziecie mnie na wattpadzie, tym razem w trochę innym wydaniu - Desire on my mind.
Pamiętajcie, DOPIERO SIĘ ROZKRĘCAM!
Jeszcze usłyszycie o Weronice Wasylów! ♥

6.04.2016

030. You part of me.

Justin natychmiast wypuścił mnie ze swych objęć. Gdy tylko stanęłam, od razu ochronił mnie swoim ciałem.
- Co tu się do cholery dzieje? - Spytał, równie zagubiony, co ja. Byłam przerażona, zestresowana i nie potrafiłam zrozumieć całego zajścia. Po co Megan wróciła? Miałam nadzieję, że naprawdę już sobie odpuściła i da nam spokój.
- Jeszcze jedno słowo, krzyk czy cokolwiek, a rozwalę wszystkich tu obecnych po kolei – zagroziła psychopatka, celując na zmianę w nas, Jamesa i Kim. Ostatnia dwójka nie miała szans się ruszyć. Czułam, że nadchodzi coś strasznego, że zdarzy się za chwilę jakieś nieszczęście. Musiałam temu zaradzić. Ja, nie Justin, nikt inny tylko ja, bo to ja byłam powodem problemów.
- Megan, wytłumacz mi jedno – udało mi się stanąć przed Justinem i machnięciem głowy zakazałam mu ochrony. Ledwo słyszalnie szepnęłam „policja”. - Po co znowu wracasz? Nie wydaje ci się, że wystarczająco dużo krzywdy narobiłaś?
- Wróciłam tu, bo jeśli ja go nie mogę mieć ty też nie będziesz – stwierdziła, wpatrzona we mnie bladym wzrokiem. Na pierwszy rzut oka widać było, że naprawdę oszalała z miłości do Jamesa.
- Megan, ale ja nie zmuszam go, żeby tu był. Sam, z własnej woli od ciebie odszedł...
- Nie odszedł, nie widzisz?! - Zaczęła krzyczeć. Miałam nadzieję, że uda mi się odwrócić jej uwagę na tyle, by Justinowi udało się zadzwonić na policję. Kątem oka widziałam jak próbował niepostrzeżenie wyjąć telefon z kieszeni. - Nadal przy mnie jest.
- Przywiązany do krzesła, dziewczyno... Potrzebujesz pomocy. Siłą nikogo przy sobie nie zatrzymasz – skomentowałam, świadoma, że chłopak za mną wybrał już numer na policję. Potrzebowałam tylko krzyku, żeby mógł złożyć zgłoszenie. Musiałam ją sprowokować.
- Nie widzisz, że coraz to kolejne osoby od ciebie uciekają? Że ich tracisz tym jaka popierdolona jesteś? Nie jestem pewna czy nawet pomoc specjalistów, by ci w czymś pomogła. - Może faktycznie, byłam zbyt krytyczna, ale uzyskałam to co chciałam. Nagle Megan wpadła w jeszcze większy szał. Ryzykowaliśmy dużo, wiedząc, że miała pistolet w dłoni i w każdej chwili mogła go użyć. Jednak innego wyjścia nie było.
Dziewczyna na moich oczach chwyciła się wolną dłonią za głowę, chcąc wyrwać sobie włosy. Jej usta otworzyły się w donośnym krzyku, a palec nieuchronnie wylądował na spuście pistoletu. Justinowi w kilka sekund udało się złożyć zgłoszenie, podczas gdy przede mną rozegrała się przerażająca scena. Dziewczyna wyglądała jakby opętał ją jakiś demon, a jej duszę rozerwało na kilka części. Krzyczała, rzucała się na kilka stron, w akompaniamencie nadjeżdżającego radiowozu. Nie mogłam uwierzyć, kiedy blondynka wycelowała broń w stronę Jamesa. Jedyne, co udało mi się zrobić to warknięcie głośnego „nie”, gdy na dźwięk wystrzału włosy stanęła mi dęba.
Całe szczęście, w agonii dziewczyna źle wycelowała i trafiła w męską łydkę, a pocisk jedynie ją drasnął.
Niestety, najgorsze dopiero miało nadejść.
Kiedy do domu wparowała dwójka policjantów, nie było już odwrotu. Megan wycelowała pistolet w siebie, lufą dotykając podbródka, przez co kolejny pocisk przeleciał na wylot.
Zabijając ją w ułamku sekundy.
Dziewczyna z rozchylonymi ustami padła niczym lalka na ziemię.
A my staliśmy tak, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
Tym razem krew dziewczyny rozlała się nie tylko na kanapie.
***
- Może mi ktoś wytłumaczyć, co tak naprawdę się stało? - Spytał Justin, obejmując mnie, gdy siedzieliśmy na tyle karetki. W środku opatrywany był James, a tuż przed nami stała spokojniejsza, bo już po proszkach uspokajających, Kim.
- Gdybyśmy sami wiedzieli – odpowiedziała. - Przyjechaliśmy od razu po tym jak wypisali cię ze szpitala, Kate. Zaczęliśmy oglądać coś w telewizji, ale najwyraźniej zapomnieliśmy zamknąć drzwi. Megan... - Chwila ciszy, by dziewczyna mogła wziąć oddech i relacja trwała dalej. - Po prostu weszła i zaczęła nam grozić naładowanym rewolwerem czy co to było. Nie mieliśmy możliwości ucieczki. Kiedy nas tak kneblowała, zebrało się jej na opowieści. Macie wielkie szczęście, że żadna kulka nie wylądowała w was, bo ona przyszła tu z zamiarem zabicia ciebie, Katie. Nie mogła znieść, że masz Justina, a James i tak wybrał ciebie. Zachowywała się jakby ją coś opętało. Była szalona, naprawdę szalona. Nie wiedziałam, co robić. Wszystko przez te cholerne niezamknięte drzwi.
- Dobrze, że nikt z nas bardziej nie ucierpiał – szepnęłam, nie potrafiąc wyrzucić z głowy obrazu padającej bezwładnie Meg. Cokolwiek, by wcześnie nie zrobiła, nie potrafiłam uwierzyć, że tak po prostu, z powodu faceta, odebrała sobie życie.
Chwilę później podszedł do nas jeden z funkcjonariuszy policji, by od całej czwórki zebrać zeznania. Kiedy z mojego domu wynosili nosze z ciałem Megan, automatycznie się odwróciłam. Z oczu popłynęły mi łzy. Justin natychmiast mocniej mnie objął.

***

- Kochanie – szepnął mi do ucha Justin. Od godziny leżeliśmy w sypialni. Nikt do tego momentu się nie odezwał. Chcieliśmy poukładać własne myśli. – Nie zamartwiaj się tak.
- Nie mogę wyrzucić z głowy widoku zmarłej Megan. – Przyznałam.
- Może to straszne, ale tak naprawdę dobrze, że to się tak skończyło – miał rację, jednak ja nie miałam odwagi, by to powiedzieć.
- Teraz może być tylko lepiej – skomentowałam, wtulając się w jego ramię. Pocałował mnie w czoło, później w policzek, w brodę i obniżył się na wysokość szyi. Próbował obcałować każdy skrawek odkrytej skóry, byleby odciągnąć moje myśli zdala od wszystkich problemów, które ostatnio na nas spadły.
- Wiem co robisz – uśmiechnęłam się do niego, jednak nie powstrzymałam ruchów.
- Ale chyba ci to nie przeszkadza? – Po tych słowach zassał fragment mojego dekoltu obok opatrunku.
- W żadnym wypadku.
Może faktycznie. Może w końcu wszystko będzie normalne. Może wreszcie będziemy w pełni szczęśliwi.
I z takim podejściem poddałam się poczynaniom Justina.

***



Po założeniu stroju, nie potrafiłam na siebie spojrzeć w lustrze. Przez czerń ubrania moje ciało wydawało się jeszcze bardziej wątłe.
Tak, to był ten dzień. Pogrzeb mojej mamy miał zacząć się za ponad godzinę. Postanowiłam, że oboje rodziców będę miała blisko, więc już niedługo ciało mojego ojca miało zostać przeniesione na cmentarz w Nowym Jorku. Chciałam chociaż w takim stopniu się do nich zbliżyć.
Justin czekał na mnie w salonie. Udało się nam wymienić dywan, a oprócz tego - zamówilismy firmę sprzątającą, która pozbyła się wszelkich śladów krwi. Mimo to, nadal sprawiało mi trudność znajdowanie się w tym miejscu.
- Może zamieszkamy razem? Znajdziemy inny dom? – Zaskoczona propozycją Justina, nie wiedziałam co odpowiedzieć, więc po prostu przytaknęłam. Wpatrując się w pierścionek zaręczynowy nie mogłam uwierzyć jak wiele się zmieniło. Jak bardzo zmieniło się moje życie. Natychmiast przypomniałam sobie swoją podróż do Los Angeles. Wtedy chciałam odzyskać Jamesa. Nigdy nie spodziewałam się, że tak to się wszystko zakończy. On i Kim zostali moimi przyjaciółmi, zakochałam się w Justinie, oświadczył mi się, i niedługo miałam urodzić NASZE dziecko, Megan popełniła w moim domu samobójstwo, a na dodatek – odzyskałam mamę, by niedługo po tym ją znowu stracić. Osobę, która była (i to zrobiła) w stanie poświęcić swoje życie i serce dla mnie. Łzy samoczynnie spłynęły w dół policzków.

Justin podszedł do mnie od tyłu i objął mnie w pasie, wtulając się głową w zagięcie szyi.
- Nienawidzę tego.
Spojrzałam na niego.
- Huh?
- Nienawidzę, gdy cierpisz. Wszystko odczuwam dwukrotnie bardziej. – Przyciągnął mnie do siebie i przycisnął do piersi.
- Z tego wszystkiego nie powiedzieliśmy Kim ani Jamesowi o zaręczynach – szepnęłam.
- Oboje o tym wiedzieli – nawet na niego nie spoglądając, potrafiłam wyczuć chłopięcy, drobny uśmiech.
Cholernie go kochałam i nie potrafiłam sobie wyobrazić życia bez niego.
Odkąd go poznałam, stał się dla mnie najważniejszą osobą.
Stał się częścią mnie.
~*~
 Nie mogę uwierzyć, że po ponad dwóch latach YPOM naprawdę się kończy. Został jeszcze przed nami tylko epilog. I tym razem nie będziecie musieli na niego czekać w nieskończoność. Dodam go jeszcze dziś. 
Jeśli byłeś tutaj od początku YPOM albo pojawiłeś się w trakcie jego trwania i przeżywałeś losy Kate razem ze mną, wzdychając, śmiejąc się i płacząc na zmianę, to przysięgam, kocham cię z całego serca. Opowiadanie powstawało z myślą o Tobie, o osobie, która poświęciła się tej historii.
Dobrze wiem i wy również, że ten blog już dawno mógłby być skończony, gdyby nie moje miesięczne, a i nawet kilkumiesięczne przerwy, ale chyba podświadomie nie chciałam tego kończyć. Bo naprawdę, oddałam YPOM serce.
Piszę to wszystko teraz, bo przede mną jeszcze napisanie epilogu, który miałam zaplanowany od początku pisania bloga, a wiem, że kiedy go skończę nie będę w stanie robić nic.
Bo kończąc "Jesteś częścią mnie", pozostawiam tutaj część siebie na zawsze
i mam nadzieję, że będzie ona trwała i zyskiwała kolejnych czytelników.
Od czasu do czasu będę tu oczywiście wpadać i czytać komentarze od Was, od osób dla mnie bliskich.
Dziękuję za Waszą obecność, aktywność i znoszenie moich humorków!
To w Was jest siła! I gdyby nie Wy to ten blog nigdy by nie przetrwał. ;)
KOCHAM, KOCHAM, KOCHAM!

3.04.2016

029. It was a big world but we thought we were bigger. |+NOWE OPOWIADANIE!

Kate's POV:
Rozchyliłam powieki i świadomość ostatnich zdarzeń uderzyła mnie z taką siłą, że w tamtej chwili jedyne, czego chciałam to uciec. Od ludzi, od myśli, od wspomnień. Dalej nie docierało do mnie, że matka, którą tak długo nienawidziłam i broniłam się od kontaktu z nią, poświęciła własne życie, oddając mi część serca. Wiedza o jej chorobie nie zmniejszała mojego poczucia winy. Sama zadecydowałam o zerwaniu kontaktu z nią, a teraz oddałabym wszystko za możliwość nadrobienia tych straconych miesięcy. Własna duma i uprzedzenia, zniszczyły naszą relację. Pozwoliłam na to, by moja matka męczyła się w chorobie samotnie, nie potrafiąc jej przebaczyć. Żałowałam, żałuję i będę żałować tego, jak postąpiłam.
Im dłużej o tym myślałam, (a musicie wiedzieć, że moja mama na zmianę z nienarodzonym jeszcze dzieckiem, w tamtej chwili zajmowały większość moich myśli) tym bardziej docierało do mnie, jak ważny jest czas i nasze decyzje w życiu. Cokolwiek, kiedykolwiek nie zrobimy, to wpłynie na wszystko inne, niczym gra w domino.
- Znowu odleciałam? - Spytałam cicho, dostrzegając Justina na progu pokoju. Rzucił mi się również w oczy fakt, że liczba kabli i sprzętów przy moim łóżku znacząco się zmniejszyła.
- Tym razem na trzy dni, ale to dobrze. Organizm odpoczął – ruszył przed siebie, a ja wpatrywałam się w jego tajemnicze spojrzenie. Nie miałam pojęcia, co czuł i o czym myślał.
- Jak się czujesz? - Szepnął, siadając obok. I wtedy to zauważyłam.
- Justin, kiedy ostatni raz spałeś? - Przymknął powieki, wyczuwając moją złość. Zrobiło mi się zimno, gdy spostrzegłam sine worki pod oczami.
- Wczoraj.
- Jak długo?
- Dwie godziny jakoś... - Nie wierzyłam, w to co usłyszałam.
- Wystarczy, że ja tutaj leżę, ty nie musisz siebie wykańczać. - Stwierdziłam, gładząc jego twarz.
- Nawet w takiej chwili martwisz się bardziej o innych, niż o siebie.
Westchnęłam głęboko, nie czując na całe szczęście bólu w klatce. Zapadło między nami milczenie. Prawie natychmiast przypomniał mi się list od mamy.
- Czy ty naprawdę chciałeś to zrobić? - Nie odrywałam od jego oczu spojrzenia, a dłoń nadal miałam na męskim policzku.
- Co? - Zdjął moje palce z twarzy, by objąć je w swoje. Natychmiast poczułam iskierki. Brakowało mi bliskości, tego męskiego, czułego dotyku.
- Czy gdyby nie moja matka albo inny dawca, to ty oddałbyś mi część serca? Chciałeś poświęcić dla mnie swoje życie? - Na te słowa wstał i nachylił się tak blisko, że nasze nosy się stykały.
- Bez ciebie, nie miałbym życia. Gdybyś umarła, umarłbym z tobą. Nikt ani nic nas nie rozdzieli, nigdy – złączył nasze usta, a z moich oczu popłynęły łzy. Nie potrafiłam określić jak bardzo kocham tego człowieka. Tego się nie dało opisać. I co – najpiękniejsze, on też mnie kochał.
- Kocham cię – wydusiłam z siebie, gdy Justin się ode mnie odsunął.
Nie powiedział nic. Nie musiał. Wystarczył mi jego uśmiech i iskrzące spojrzenie, które mówiło „wszystko będzie dobrze, ze wszystkim sobie poradzimy”. Wtedy nie miałam, co do tego wątpliwości, ale chyba nie muszę przypominać jak wiele razy życie nas zaskakiwało?
***
Odkąd się obudziłam, Justin nie odsuwał się ode mnie na krok, cały czas siedząc przy moim łóżku. Rozmowa trwała i trwała, a czułe tematy sprytnie omijaliśmy. To nie był dobry moment, by wspominać o mojej mamie czy naszym dziecku. Dowiedziałam się, że kiedy spałam, odwiedził nas James, który w tamtej chwili wrócił do domu, by odespać "warte".
- Co z Kim? - Brakowało mi radosnej blondynki w pokoju.
- Niedługo powinna wrócić z jakimś jedzeniem. - Na te słowa rozpromieniłam się odrobinę, odczuwając w żołądku doskwierający głód.
***
Kiedy już w trójkę skończyliśmy jeść, chciałam wrócić do trudnych tematów. W końcu musieliśmy przez nie przebrnąć.
- Co z moją mamą? - Głos mi drżał, zresztą jak reszta ciała. - Kiedy odbędzie się pogrzeb? - Udało mi się w końcu zadać to pytanie. Wiedziałam, że nie mogłam go ominąć. Musiałam ją chociaż w taki sposób pożegnać. Poczułam jak moje oczy wilgotnieją. Z nerwów zaczęłam zagryzać wnętrze policzka.
- Za trzy dni. Jutro już możemy cię stąd zabrać – jakby czytając w moich myślach, Justin odpowiedział na kolejne moje pytanie.
- Dzięki Bogu – mruknęłam pod nosem, przykładając dłoń do odkrytej klatki piersiowej. Skóra pod opatrunkiem nadal piekła i bolała, ale przynajmniej miałam pewność, że serce miało się dobrze.
- Od razu po wypisie chcę cię gdzieś zabrać – chłopak nie patrzył na mnie, za to rzucił znaczące spojrzenie Kim. Nie miałam pojęcia o co chodzi, ale czułam, że nie powinnam się dopytywać. Ufałam mu, wiedziałam, że chce dla nas jak najlepiej. Dla mnie i jego dziecka.
A propo niego.
- Jak mu dacie na imię? - Spytała blondynka, chcąc najwyraźniej rozładować smutną atmosferę. Szatyn wybałuszył oczy, najwyraźniej nie wiedząc co powiedzieć.
- Jeszcze się nad tym nie zastanawialiśmy...
- Michelle (od autorki: przeszukałam poprzednie rozdziały i uzmysłowiłam sobie, że nigdy nie wspominałam o tym jak nazywa się matka Kate, więc to tak w ramach wyjaśnienia xd), po babci – powiedziałam natychmiast. Miałam nadzieję, że Justin zgodzi się ze mną.
- A jeśli chłopiec to Michael. - Dopowiedział chłopak, szczerząc się do mnie radośnie. Nim mogłam go o to poprosić, sam podszedł i pocałował mnie w czoło. - Dziękuję.
Nie pytałam za co dziękował. Domyśliłam się.
Po prostu.
Za wszystko.
***
- Zajmiesz się moimi rzeczami? - Spytałam, wręczając torbę Kim. Przytaknęła, po chwili obejmując mnie. James stał obok niej i czekał na swoją kolej. Kiedy jego męskie ramiona otoczyły moje drobne i wątłe ciało, poczułam się naprawdę inaczej... Nigdy wcześniej nie poczułam do niego takiej sympatii i wdzięczności, jak w tamtej chwili.
- Możemy porozmawiać? - Szepnął mi do ucha.
Odsunęłam się i poprosiłam Kim oraz Justina, żeby poczekali przed szpitalem.
Wiedziałam, że kilka rzeczy między mną, a moim byłym nie było załatwionych.
- Kate, kochana... Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo cieszy mnie fakt, że mogę cię objąć i bez ustanku patrzeć na twój uśmiech. Nie mam zamiaru próbować cię odzyskać, nie chcę zabierać ciebie Justinowi, bo wiem, że to on na ciebie zasłużył, że to on powinien dawać ci szczęście, na które zasłużyłaś. W końcu dotarło do mnie, że tak miało być. Cała nasza historia zaczęła się po to, byś mogła ułożyć sobie życie z Justinem. Ja, bogatszy o kolejne doświadczenia, postanowiłem poszukać szczęścia, nie raniąc przy tym innych. Z Megan jakoś sobie poradzimy, w końcu trafi do psychiatryka, tam gdzie jej miejsce, a ty nie powinnaś się tym przejmować.
Stałam tam, oniemiała i wzruszona jego monologiem. Byłam naprawdę wdzięczna za każde słowo, które wypowiedział. Czułam, że nasza przyjacielska relacja będzie się rozwijać tylko w dobrą stronę.
- A teraz, nie pozostaje mi nic innego jak pogratulować wam dziecka, który jest owocem i dowodem waszej ogromnej miłości. - Po raz kolejny chwycił mnie w swoje objęcia.
- Odkąd cię poznałam tyle się zmieniło, ja się tak zmieniłam. Wydoroślałam, dojrzałam i zrozumiałam wiele spraw. Mimo tragedii związanej z moją mamą, problemem Megan i tym wszystkim, co jeszcze przed nami, już się nie boję żyć. Wiem, że mam dla kogo i z kim przezwyciężać kolejne problemy – posłałam mu uśmiech, gdy ten starł swoimi dużymi dłońmi łzy z mojej twarzy. Nie mogliśmy już zmienić naszej przeszłości, ani naprawić swoich błędów, ale jeśli chodzi o naszą relację, chyba raczej nie chcieliśmy tego zrobić. Tak po prostu miało być.
***
- Spotkamy się u nas w domu – powiedziałam na pożegnanie Kim i Jamesowi, wręczając im również klucze. Justin nie pytał, o czym rozmawialiśmy. Zresztą nie pytał o nic. Odkąd wyszłam ze szpitala, trzymał mnie za rękę i nie odezwał się słowem. Po części, zastanawiałam się dlaczego, z drugiej zaś – cisza między nami była na swój sposób kojąca.
Zachód słońca nieubłaganie się zbliżał, gdy mknęliśmy samochodem Justina między ulicami miasta. Nie wiedziałam dokąd zmierzaliśmy, ale czułam... Czułam, że w dobrą stronę.
Zatrzymaliśmy się na jakiejś przypadkowej, jak się potem okazało, uliczce.
- Odwróć się do mnie plecami, skarbie zakomenderował cicho szatyn. Bez pytań zrobiłam to, o co poprosił. I już po chwili miałam na oczach przewiązaną jakiś materiał. Justin kochał robić niespodzianki, więc czego mogliśmy się po nim spodziewać?
Zachichotałam cicho, zajmując swoją poprzednią pozycję. Znów ruszyliśmy.
***
Justin trzymając mnie pod ramię, wprowadził do jakiegoś budynku. Dźwięk windy, który po chwili usłyszałam wywołał motylki w moim brzuchu. Zaczynało robić się coraz ciekawiej. Czym tym razem mnie zaskoczy?
Wąskie schody, otwieranie drzwi i powiew chłodnego powietrza.
I chwilę później moim oczom ukazał się widok całego Nowego Jorku, które oświetlało zachodzące słońce. Znajdowaliśmy się znowu na dachu wieżowca. Jak wiele razy wcześniej. Jedyne, co się zmieniło to fakt, że Justin tym razem bardziej się przygotował. U stóp leżał koc, na którym znajdował się talerz pełen przekąsek i wiaderko lodu z szampanem.
- Chciałem, żebyś mimo całego tego gówna, które ostatnio się dzieje, mogła na chwilę odetchnąć. I byśmy znowu byli sami.
- Już nie jesteśmy tacy całkiem sami – zachichotałam, dotykając brzucha.
- Szampan jest bezalkoholowy, moi kochani – uśmiechnął się do mnie. Nie przeszkadzało mi, że zwracał się do mnie jak do dwóch osób. Wręcz przeciwnie. Byłam przeszczęśliwa ze świadomością urodzenia naszego dziecka. Zrozumiałam, że był on tak naprawdę darem. Darem danym nam z niebios.
Usiadłam, czekając aż chłopak zajmie miejsce obok. Nie stało się to jednak. Zamiast tego ukląkł przede mną, wyjmując z kieszeni małe pudełeczko.
Nie, nie, to nie mogło się dziać.
- Kate Miley Cyrus, odkąd tylko cię zobaczyłem, wiedziałem, że nasze losy muszą się jakoś połączyć. Że jesteśmy sobie pisani, mimo wszelkich przeciwności. I teraz, kiedy większość z nich już udało się nam pokonać, przy okazji tworząc nowe życie, chcę cię mieć za żonę. Czy zgodzisz się przeżyć resztę swojego istnienia ze mną? Wrednym, bezczelnym, czasem agresywnym i złośliwym facetem, który zakochał się w tobie na zabój i jeśli będzie mógł to ofiaruje ci gwiazdę z nieba.
Płakałam.
Nie potrafiłam zatrzymać płynących łez.
Przerzucałam swoje zamglone spojrzenie z pierścionka na zestresowaną twarz Justina.
- Chociaż jesteś kretynem to kocham cię najmocniej na świecie – szepnęłam, śmiejąc się.
- Czy to oznacza „tak”?
Przytaknęłam.
***
- Powinniśmy się już zbierać – stwierdziłam, kiedy usta Justina podróżowały po mojej szyi.
- To fakt, dawno nie było cię w sypialni – szepnął, kiedy ja próbowałam uspokoić oddech. Jego usta i ich moc... Były nie do opisania. W sekundę potrafiły zawładnąć moim ciałem. Nie przejmując się pozostawionymi rzeczami, zabrał mnie na ręce i skierował się w stronę wyjścia.
Mimo smutku, który zagościł w naszym życiu, potrafiliśmy się cieszyć z własnej obecności. I teraz miało to trwać do końca naszego życia.
***
Justin postanowił wnieść mnie do domu w „ślubny sposób”, co wywołało we mnie napad nieustannego śmiechu. Ustał on dopiero, kiedy zobaczyłam, co działo się w moim salonie. Kim i James byli zakneblowani i przywiązani do krzeseł, a między nimi stała Megan.
Trzymała w dłoni pistolet.
Czy to do cholery był jakiś zły sen?
~*~ 
TADAM! YPOM za 1 rozdział+epilog skończy się, tylko pytanie, które pewnie was dręczy... SZCZĘŚLIWIE CZY NIE? Podpowiem wam, że matka Kate nie była jedyną osobą, która w YPOM zakończy swój żywot. Kogo obstawiacie? Ja wiem jak dalej potoczą się losy naszych bohaterów, jestem jednak ciekawa waszych domysłów ;) 
Ahhh i tak, postaram się w ciągu 2/3 najbliższych tygodni napisać rozdziały w przód i jeśli dobrze pójdzie to koniec YPOM wypadnie za jakiś miesiąc :) 
Druga sprawa! NOWE OPOWIADANIE! Myślałam, że nie dam rady wrócić do was z czymś nowym, a tu taka niespodzianka ;) jednak tym razem rozdziały będę wrzucać jedynie na wattpada, także odsyłam tam i poszukajcie "Desire on my mind" autorstwa hirilwer z Justinem i Hailey ♡
LINK - klik klik klik 

18.02.2016

028. I'm off the deep end.

Justin's POV:
Leżałem na pryczy, wpatrując się w sufit.
Niedawno wstałem, a licząc na mój godzinny instynkt i różowe niebo za małym oknem w celi musiał być ranek.
Ciągle analizowałem rozmowę z matką Kate, którą odbyliśmy dwa dni temu.
Nadal nie potrafiłem uwierzyć, że moja ukochana jest w ciąży, że będziemy mieć dziecko.
Kiedy obracałem się na bok, usłyszałem krzątanie się na korytarzu.
Po chwili przed moją celą pojawił się strażnik.
- Ty i ten twój koleżka wychodzicie. Macie szczęście – nim mogłem zrozumieć całą sytuację, cela została otwarta.
- Ale jak to? Austin cofnął oskarżenie?
- Nie musiał, bo sam zajmie wasze miejsce już niedługo.
Nie rozumiałem, ale kierując się myślą „im mniej wiesz tym lepiej śpisz” wyszedłem.
*
Kate's POV:
- Dziękuję za pomoc – spojrzałam w oczy Shawna, gładząc palcami pościel. Byłam wdzięczna losowi, że moje kłamstwo odnośnie niewinności chłopaków udało się jakoś zatuszować, a przy okazji schwytać Austina podczas dilerki.
- W życiu nie widziałem tyle towaru – dopowiedział, przenosząc swój wzrok na urządzenia stojące obok mojego łóżka. - A u ciebie? Jak zdrowie? - Chociaż czas odwiedzin jeszcze się nie zaczął, policjant na służbie mógł bez przeszkód ze mną porozmawiać, nawet o siódmej rano. Cieszyłam się, że przyszedł, bo Kim musiała w końcu się przespać. A Justin? Miałam nadzieję, że przyjdzie jak tylko go wypuszczą.
- Ciężar bezpodstawnego oskarżenia Justina na całe szczęście spadł z mojego chorego serca. Teraz tylko muszę się pomartwić jak znaleźć dawcę do przeszczepu i ocalić płód.
Chłopak spojrzał z zaskoczeniem na mój brzuch.
- Gratuluję – posłał mi uśmiech. - Cieszę się, że mogłem pomóc.
- To ja dziękuję. - Odszepnęłam.
- Teraz będzie tylko lepiej, sama zobaczysz – powiedział, chwytając moją dłoń. - Taka dobra dziewczyna jak ty zasługuje na szczęśliwy koniec – na te słowa zrobiło mi się ciepło. Mówiłam, że to dobry facet? I widzicie? Miałam rację.
*
Kate's POV:
Chwilę po wyjściu Shawna zasnęłam, w końcu z uśmiechem na ustach.
Obudził mnie zaś lekki powiew wiatru na mojej twarzy. Powoli rozchyliłam powieki i po raz kolejny podziękowałam w duchu, że budzę się przy akompaniamencie urządzeń potwierdzających bicie serca. Nadal żyłam.
Utkwiłam swój wzrok w brązowych tęczówkach.
- Kochanie – szepnęłam, nie wierząc, że on tak szybko wrócił.
- Jesteś genialna – nachylił się nade mną i musnął ustami mój policzek.
- Jak długo tutaj siedzisz? - Spytałam, rozglądając się dokładniej po pomieszczeniu. Byliśmy sami.
- Wypuścili mnie kilka godzin temu, ale musiałem się jeszcze ogarnąć – parsknął, trzymając moją dłoń. Był rozluźniony i szczęśliwy. I dotarło do mnie, że on jeszcze nie wiedział. Nie był świadomy, że jestem w ciąży. - Ale dalej nie wiem jak? Jak to zrobiłaś? I czemu strażnik wspomniał, że nasze miejsce w celi zajmie teraz Austin?
Przewróciłam oczami, uśmiechając się dumnie.
- Masz po prostu bardzo zdolną dziewczynę. Może potrzebne było małe kłamstwo czy dwa, ale najważniejsze, że już przy mnie jesteś, a ten gnojek siedzi za handel narkotykami.
Justin zmrużył oczy, przyglądając mi się dokładnie. Kochałam iskierki w jego oczach, bo wiedziałam, że jest wtedy radosny.
- Chociaż jeden problem mniej z głowy. - Westchnął, opadając głową na pościel. Wolną rękę wsunęłam w jego nastroszone włosy. Wiedziałam, że kiedyś będę musiała mu to powiedzieć, a im szybciej tym lepiej. Jednak czy byłam na to wtedy gotowa? Czy mogłam zniszczyć jego spokój wiadomością o nieplanowanej ciąży? Dla mnie był to dar z nieba, ale w tych okolicznościach bałam się jego reakcji.
- Justin – westchnęłam, nie wiedząc od czego zacząć. Czułam jak drżały mi dłonie. Nie zareagował, więc nie kończyłam. Chciałam się chociaż na moment skupić na spokoju, pozornym, ale jednak spokoju. Jestem pewna, że w tamtej chwili nasze serca zaczęły bić z równym rytmem. Uspokoiłam oddech, wdech, wydech, wdech, wydech.
- Będziemy mieć dziecko – no i spuściłam bombę na wioskę pełną szczęścia. Zamknęłam oczy czekając na krzyk, wrzask i rzucanie krzesłami.
Ku mojemu zaskoczeniu, nie doczekałam się.
Justin się praktycznie nie ruszył.
- Kochanie, jestem w ciąży – na te słowa uniósł głowę i spojrzał się w moje oczy. Nim mogłam zaprotestować ten już trzymał moją twarz w dłoniach, a nasze usta połączył w jedną całość. Oddałam się w całości, nie rozumiejąc tego ani trochę.
- Proszę, nie bądź zła, ani się nie unoś, ale już wiem. Twoja mama przyszła do aresztu, by mi o tym powiedzieć. - Jego głos był niski, cichy i ubogi w intonację. Nagle z urządzenia monitorującego pracę mojego serca zaczął się wydobywać głośniejszy i szybszy dźwięk, a na mojej twarzy pojawiło się ciepło.
- Dlaczego? Jak ona? - Chłopak ścisnął moją dłoń, chcąc mnie uspokoić. - Ile razy mam jej powtarzać, że nie chcę jej w swoim życiu...
- Kochasz mnie? - Justin nagle zmienił temat, podsuwając sobie moją rękę pod twarz. Musnął knykcie wargami.
- Po co pytasz, skoro dobrze wiesz.
- Bo chcę to od ciebie usłyszeć. Powiedz to – zażądał, między pocałunkami. Na ramionach pojawiła się gęsia skórka.
- Kocham cię najmocniej na świecie.
- Jeśli tak to proszę, porozmawiaj ze swoją matką, choćby to miała być wasza ostatnia rozmowa. - Przymknęłam powieki.
- Dlaczego mi to robisz? - Spytałam cicho, czując ból w klatce piersiowej. Dobrze wiedział jakie przykre wspomnienia ciągnie za sobą moja matka, a mimo to zmusza mnie do spotkania z nią.
- Uwierz, że będziesz dziękować. Proszę, zrób to.
- Nawet jeśli się zgodzę, to ona już tu nie wróci. Nie chce mnie widzieć. - Próbowałam odciągnąć go od tego durnego pomysłu w jakikolwiek sposób. Zawsze warto próbować.
- Wręcz przeciwnie. Siedzi przy wejściu do sali – odpowiedział, szczerząc się do mnie głupkowato. Miałam ochotę go wtedy zdzielić w twarz. Nie zrobiłam tego, ale za to przytaknęłam, chcąc mieć to jak najszybciej za sobą.
- Dziękuję – pozostawił na moim czole pocałunek i wyszedł.
*
- Dziecko... - Zaczęła, ledwo przechodząc przez próg. Spojrzałam w jej przekrwione i zaszklone oczy. Wiedziałam, że to nie będzie łatwa rozmowa, a właściwie wręcz przeciwnie – jedna z najtrudniejszych w moim życiu. Bez słowa czekałam, aż moja matka się zbliży do łóżka.
- Cześć mamo – udało mi się wreszcie z siebie wydusić. Oddech miałam płytki, urywany, a dźwięk maszyn przyśpieszył. Nic nie dało się ukryć. Kolejna chwila ciszy.
- Chciałabym ci tyle powiedzieć – szepnęła, siadając na krześle tuż obok. Nie odrywała od moich oczu spojrzenia. - Masz oczy ojca. - Przytknęłam, czując przechodzące przez moje ciało dreszcze.
- Więc mów, po to tu zresztą przyszłaś – stwierdziłam, próbując się uspokoić. W tamtej chwili działo się to, czego tak bardzo chciałam uniknąć – stanęłam twarzą w twarz z matką, która przez tak długi okres była dla mnie jedynie wrogiem i źródłem pieniędzy. Nie wiedziałam jak może wyglądać ta rozmowa i chyba właśnie przez tą niewiedzę się tak stresowałam.
- Przepraszam w tej chwili jest zbyt małym słowem – westchnęła, szukając w pościeli mej ręki. Splotła nasze drżące palce. - Ale nie masz pojęcia jak teraz cholernie żałuję tego co się stało. - Nie chciałam jej przerywać, oczekując dalszych wyjaśnień. - Musisz wiedzieć, że twój ojciec był moją jedyną prawdziwą miłością. Kiedy on odszedł czułam jakby mój świat się zawalił. Jakby wszystko było przeciwko mnie, na czele z przeznaczeniem. Ty, od zawsze miałaś w sobie jego upór. Cokolwiek by się nie działo, wiedziałam, że sobie poradzisz. I miałam rację – wyrosła z ciebie piękna, dojrzała kobieta, a co najpiękniejsze, sama niedługo posmakujesz cudu macierzyństwa. Wiem, że mogłaś kiedykolwiek w to wątpić, ale gdyby nie ty, dawno bym odebrała sobie życie. Bez względu na dzielące nas kilometry, przez cały czas sprawowałam nad tobą pieczę. Oprócz wysyłanych pieniędzy, ciągle cię obserwowałam i szukałam informacji. To nie tak, że chciałam uciec z twojego życia, ale byłam przerażona, że przez moje podejście i depresję, w którą wpadłam pociągnę cię na dno. Ty dopiero rozpoczynałaś swoje życie. Nie mogłam pozwolić, byś przejmowała się starą matką i jej złamanym sercem. Choćby za cenę znienawidzenia mnie. To było jedyne wyjście. I wiedziałam, że twój ojciec, gdziekolwiek był, uważał tak samo.
- Ale nie pomyślałaś o tym, że czułam się podobnie? Przecież wiesz, jak byłam z tatą zżyta, a tak nagle go straciłam. Okazało się, że przez cholerną niespodziankę stracił życie. A ja, ledwo zostałam dorosłą i musiałam radzić sobie sama. Poczułam, jakbyś nie przejmowała się tym, że masz córkę. Jakbym nagle i ja przestała istnieć. Jakbym albo była winna śmierci ojca albo z nim w tym wypadku zginęła. Nawet nie wiesz jak bardzo mi cię wtedy brakowało – to był moment, w którym nie mogłam jej okłamywać i ukrywać uczucia. Tamtą chwilę zapamiętam na długo, zapewne do grobowej deski. Bo to właśnie wtedy byłyśmy ze sobą szczere. I poczułam jakbyśmy znowu były rodziną, matką i córką, które się nawzajem wspierały. Płakałyśmy obie i próbowałyśmy nacieszyć się swoją obecnością. Wtedy, postanowiłam, że wybaczę jej bez względu na wcześniejsze decyzje. Nie potrafiłam dalej trzymać w sobie urazy. Czasu nie cofniemy, przeszłość zostanie przeszłością, a obie chciałyśmy pracować na wspólną przyszłość.
A przynajmniej wtedy mi się tak wydawało...
Gdy matka objęła mnie, wisząc nad mym łóżkiem i szepcząc przeprosiny, poczułam, że coś się zmieniło. Że coś się stało. Że nagle wszystkie maszyny podtrzymujące moje serce zaczęły wariować, a ja odpłynęłam. Odeszłam, chociaż tak bardzo chciałam zostać w objęciach swojej matki.

***

Rozchyliłam powieki, czując pod nimi piasek. Sprawiło mi to niemały ból, jednak musiałam wiedzieć gdzie jestem. Znowu wróciła mi świadomość, ale byłam przeświadczona, że było inaczej, że było coś nie tak. Spojrzałam na Justina, który siedział obok. Płakał, łzy wypływały z jego oczu bardzo powoli, a on sam nie starał ich ukryć. Kiedy zauważył, że się obudziłam, nie powiedział nic. Ścisnął moją dłoń mocniej i posłał mi mały uśmiech.
- Co się dzieje? - Byłam szczerze przerażona, widząc jego stan. Od razu pomyślałam, że ciąża... Że nasze dziecko...
I biorąc jeden większy wdech poczułam to. Piekący ból na klatce piersiowej. Udało mi się po chwili odsunąć pościel, nie plącząc się w kroplówkach. Trochę niżej od serca miałam nałożony opatrunek.
- Co jest do cholery? - Uniosłam się, będąc naprawdę przerażoną.
- Kochanie, proszę, uspokój się. Nie możesz się po operacji denerwować.
- Czy nasze dziecko jest bezpieczne? - Przytaknął i natychmiast wstał. Skierował się do stolika, na którym leżała lawendowa koperta. Podał mi ją.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że ze sobą porozmawiałyście – i po tych słowach wyszedł z pokoju. Drżącymi dłońmi otworzyłam zaadresowany do mnie list.

Kochana Córko!
Pisząc ten list jestem przerażona. Od kilku godzin leżysz w śpiączce, a ja zostałam poddana badaniom. Po naszej rozmowie coś się schrzaniło. Ale tak musiało być, wiesz córuś? Po prostu tak miało się stać. Teraz ja, leżę w szpitalnym łóżku i czekam na operację. Czekam na śmierć. Czekam na to, aż lekarze przekażą część mojego serca Tobie. Bo ty powinnaś żyć. Masz po co i dla kogo. Tyle masz przed sobą! Jestem dumna z tego na jaką kobietę wyrosłaś, chociaż przez pewien czas mnie nie było. O tym już rozmawiałyśmy i nie chcę do tego wracać. Przepraszam. Wybacz, że ten list wygląda jak wygląda – koślawe pismo, lekko pognieciona kartka i totalny chaos. Jestem sama w sali i wsłuchuję się w bicie mojego serca. Twoje już praktycznie nie bije i nie mogłam tak tego zostawić.
Pewnie zastanawiasz się jak lekarze mogą mnie operować i przy tym zabić, by uratować Ciebie? Oni mnie nie zabiją. Oni jedynie skrócą moje cierpienie, bo ja już umieram. Nie wiesz, dlatego, że Ci nie powiedziałam... Nie miałam okazji. Od roku walczyłam z białaczką. W dniu, kiedy przyjechałaś do mnie z Justinem dowiedziałam się o przegranej – i przerzutach. Całe szczęście, nie objęły jeszcze serca, dlatego na coś się ono przyda. I jestem z tego powodu przeszczęśliwa.
Dzięki naszej rozmowie chociaż krótką chwilę czułam, że już nie jesteś na mnie wściekła. Bo nie jesteś, prawda?
Rozwija się w Tobie mój wnuk i chociaż go nigdy nie dotknę, a on nie pozna babci to wiem, że będziesz wspaniałą matką. Inną niż ja. Pamiętaj! Będę Cię obserwować. Tym razem z góry.
I wiesz co jeszcze? Dbaj o Justina. Ten facet to naprawdę złoto. Kocha Cię z całego serca i jest gotów oddać wszystko, bylebyś była szczęśliwa. Wiesz skąd to wiem? Bo gdyby nie znalazł się dawca, on by się poświęcił. Chciał oddać część siebie.
Mam nadzieję, że operacja się udała i że teraz będzie już tylko lepiej.

Kocham Cię.
Gdziekolwiek teraz jestem.
Twoja Mama x



Mimo ostrzeżeń Justina nie mogłam... Nie mogłam się uspokoić. Płakałam, drżałam na całym ciele, a moje naprawione ogromnym kosztem serce szybko biło. Nie potrafiłam uwierzyć. Nie, to się nie mogło stać. To nieprawda. Moja mama, którą dopiero co odzyskałam nie mogła umrzeć. Nie przeze mnie...
__________________________
wiem, że dawno mnie tu nie było, ale książka zbliża się wielkimi krokami... shh, nie mogę wiele zdradzić. :) a przynajmniej nie teraz!♡♡♡
PS po napisaniu rozdziału, który już tak dawno zaplanowałam płaczę jak bóbr! bo matka Kate zmarła, bo Kate żyje, bo zbliża się najgorsze, bo cała historia niedługo się kończy, bo ypom niedługo dobiegnie końca. mam jednak nadzieję, że wy! wy tu zostaniecie, cokolwiek będzie się działo. dziękuję i przesyłam moc buziaków, dla tych którzy dalej tu są xx

4.01.2016

027. Why are you looking down all the wrong roads?

Od autorki: Pamiętacie jak mówiłam, że pokochałam to opowiadanie? Nie kłamałam. A kiedy mówiłam, że skończę je prędzej czy później? Nie kłamałam. A jak powtarzałam, że zależy mi na was i na waszych opiniach? Nie kłamałam. Jednak w jednej kwestii oszukałam siebie i Was. Podczas pisania "ostatnio" dodanych rozdziałów wmawiałam, że podołam wyzwaniu, że mimo coraz gorszej sytuacji prywatnej uda mi się nie zawieść. Niestety, nie byłam na tyle silna. Jednak teraz, wraz z nowym rokiem otrzymałam od losu ogromnego kopa, który naładował mnie przeogromnym pokładem energii, którą postaram się wykorzystać w należyty sposób. I dlatego wracam. Potrzebowałam tej przerwy, ale mam nadzieję, że jeśli nadal tu jesteście, to zrozumiecie i chociaż postaracie mi się wybaczyć.
I nadal kocham z całego serca.
PS. DZIĘKUJĘ ZA 300 000 WYŚWIETLEŃ!


Justin's POV:
- Bieber – warknął strażnik stojący po drugiej stronie kraty. Nie reagowałem, wpatrując się w sufit.
- Ktoś do ciebie – prawie natychmiast moje ciało się spięło. Przekręciłem głowę, by móc ujrzeć gościa. Nie spodziewałem się zobaczyć tam matkę Kate. Natychmiast podniosłem się z pryczy.

Kate's POV:
- Domyślasz się gdzie mogła pójść? - Spytała Kim. Nie reagowałam, wpatrując się w widok za oknem.
- Nie obchodzi mnie to – szepnęłam, próbując zaakceptować słowa, które usłyszałam od lekarza. Ja? W ciąży? Wiedziałam, że okres to żaden dowód, bo może się czasami pojawić podczas okresu, ale gdy pojawił się po wzięciu tabletek...Jak na to zareaguje Justin? Przecież nie będę w stanie mu powiedzieć. On tego nie zaakceptuje.
Jeszcze ta operacja... Co jeśli do niej nie dojdzie? Albo poronię w trakcie?
- Przecież to twoja matka.
- No coś ty? - Spojrzałam na zagubioną dziewczynę. Jej oczy pełne były strachu i niepewności. Ja wolałam na siebie wtedy nie patrzeć. Jeśli wyglądałam chociaż w połowie tak źle jak się czułam to na mój widok wszystkie lustra popękałyby. - Ostatnią rzeczą jakiej pragnę to ją teraz oglądać – szepnęłam niby do niej, chociaż nie chciałam, by słowa przedarły się przez barierę. Osłonę, którą musiałam sobie stworzyć. Bez niej już dawno, po usłyszeniu słów lekarza wyskoczyłabym przez okno.
- Kate...
- Proszę cię. Daj mi spokój – i chwilę później wróciłam do świata snu. Przynajmniej tam mogłam odpocząć. Bezpieczna przystań.
*
Justin's POV:
Podszedłem do kraty, by móc spojrzeć w jej smutne i przerażone oczy. Natychmiast odsunęła się jak najdalej mogła. A raczej na tyle, na ile pozwalała jej ściana równoległa do celi.
- Justin – szepnęła. Ledwo zdołałem ją usłyszeć mimo skupienia i chęci zapamiętania każdego drobnego słowa wypływającego z jej ust. Wiedziałem, że jest coś nie tak. Coś musiało się stać z Kate. Nie, tylko nie teraz, kiedy jestem tu zamknięty.
- Jak czuje się Kate? - Spytałem natychmiast, nie wiedząc czy na pewno chcę usłyszeć odpowiedź.
- Ona... - Nie odrywałem oczu od kobiety.
- Proszę, niech pani mówi, bo zaraz skończy się czas odwiedzin – spojrzałem z pogardą na strażnika stojącego tuż obok.
- Ona nie będzie zadowolona, że dowiesz się tego z moich ust, ale boję się, że popełni błąd. Ogromny błąd, którego dopuścić się nie może.
- Długo jeszcze? - Zdenerwowany warknąłem. Nienawidziłem czekać, w szczególności, jeśli miałem ograniczony czas.
- Kate spodziewa się dziecka. Jak mniemam – waszego dziecka.
Czy to jakiś pierdolony żart?
*
Kate's POV:
- Wiesz czego boję się najbardziej na świecie? - Szepnęłam do Kim, która nie odchodziła nawet na krok od mojego łóżka, kiedy ja wpatrywałam się tępo w widok za oknem. Spojrzała na mnie wyczekująco. Przełknęłam ślinę, łapiąc z nią kontakt wzrokowy.
- Że zasnę i więcej się nie obudzę. Nie zobaczę oczu Justina, nie poczuję jego dotyku, nie będę mogła porozmawiać z tobą, ani nie dowiem się czy zagrożenie w postaci Megan już minęło. Jeśli nie znajdą tego pierdolonego serca dla mnie, nie będę miała też możliwości urodzić – dłonie ułożyłam na pościeli pokrywającej brzuch. - Nie mogę umrzeć, choćby ze względu na nowe życie, za które jestem odpowiedzialna.
- Kochana, nie możesz nic zrobić. Nie zmienisz biegu wydarzeń, teraz potrzebna jest ci wiara. Wiara w to, że powinnaś żyć i być wreszcie szczęśliwa z Justinem.
- Niezła ironia. Kiedy poznałam Justina on uznał, że to przeznaczenie, według którego mam teraz stąd odejść. Może tak będzie po prostu lepiej? - Zniżyłam swój głos do szeptu, znów wpatrując się w szybę. Czas coraz wolniej płynął.
*
Justin's POV:
- Żartuje sobie pani? Przecież ma okres - nie potrafiłem uwierzyć w słowa kobiety.
- Miesiączka może pojawić się nawet w 3 miesiącu ciąży, to żaden dowód. W szpitalu zrobili USG, a sam płód ma zaledwie kilka dni. 
- Nie, tylko nie teraz. To nie może być prawda. Nie, nie, nie – chwyciłem się za pęki włosów, nie potrafiąc zrozumieć dlaczego akurat na nas spada tyle nieszczęścia w tak krótkim czasie. Czy to zapłata za moje błędy z przeszłości? Jeśli tak to czemu Kate musi cierpieć? Czemu nie możemy oboje być szczęśliwi, razem, bez żadnych problemów? Uderzyłem pięścią w ścianę, na tyle mocno, że rozciąłem knykcie. Zaczęła sączyć się krew.
- Co masz zamiar zrobić? - Spytała cicho.
- Nie mam bladego pojęcia – szepnąłem, osuwając się po ścianie celi. Nim się spostrzegłem, z oczu wypłynęły mi łzy.
*
Kate's POV:
- Może kiedy Austin dał mi wybór, powinnam zgodzić się na jego warunki? Dzięki temu oni nie musieliby teraz siedzieć w areszcie. - Westchnęłam, ciągle próbując znaleźć jakieś wyjście z sytuacji.
- O czym ty mówisz?
- Obiecał, że nie wniesie oskarżenia, jeśli się z nim prześpię. Nie chciałam tego zrobić Justinowi. Już tyle przez moją lekkomyślność wycierpiał, nie chciałam go po raz kolejny ranić. Teraz mam jednak wątpliwości.
- Nawet tak nie myśl, Justin na pewno woli zapłacić odszkodowanie niż byś ty miała oddawać temu kretynowi swoje ciało.
- Ale musi być jakieś wyjście.
- Co chcesz zrobić, będąc przykutą do łóżka?
- Muszę coś zrobić – i nagle zapaliła mi się w głowie żarówka. - Już wiem! Masz może mój telefon?
*
Justin's POV:
- Wraca pani teraz do szpitala? - Nie ruszałem się z miejsca, jedynie unosząc głowę.
- Ona mnie nie chce widzieć, ale mam pewną sprawę do załatwienia. - Po chwili wstałem i zbliżyłem się do kraty. - Mogłaby pani podejść? - Spytałem śmiało. Zrobiła to, dzięki czemu mogłem się jej przyjrzeć bliżej i zobaczyć coś, co zmroziło mi krew w żyłach.
- Ile nocy pani nie przespała?
- Proszę, mów do mnie mamo, w końcu jesteś ukochanym mojej córki. - Wiedziałem, że chciała zmienić temat, ale nie mogłem odpuścić.
- Ile nocy nie przespałaś, mamo? - Jej oczy były tak przekrwione, że prawie nie było widać białka, a sińce pod oczami miały kolor dojrzałej śliwki.
- Justin, daj spokój.
- Co się dzieje? Przecież słyszę, że coś ukrywasz, mamo. 
- Nic mi nie jest, dziecko.
- Nie osz...
- Proszę, opiekuj się i kochaj moją córkę najmocniej na świecie. - I ruszyła do wyjścia, jednak nim minęła zakręt rzuciła mi ostatnie spojrzenie. Przytaknąłem, potwierdzając jej słowa i przyjmując obietnicę. Wiedziałem, że najgorsze jeszcze nadejdzie.
*
Kate's POV:
- Odbierz kretynie, odbierz – szeptałam do telefonu, czując coraz silniej bijące serce. W końcu usłyszałam męski głos.
- Jeśli dzwonisz by mnie przeprosić to jestem naprawdę zaskoczony – Austin jak zwykle zadufany w sobie.
- Dzwonię, żeby się dogadać. W tym wypadku raczej słowa nie wystarczą.
- Sugerujesz, że zmieniłaś zdanie, kotku? - Słysząc zdrobnienie zachciało mi się wymiotować, ale musiałam dalej ciągnąc to wszystko. Kim siedziała i wpatrywała się we mnie totalnie oniemiała.
- Patricia mi wygadała, że organizujesz niedługo imprezę, ale o szczegóły kazała pytać ciebie – oczywiście, nic nie wiedziałam, o żadnej domówce, ale gdybym tego jakoś nie potwierdziła, pewnie wyczułby podstęp. - Więc? Kiedy mam się u ciebie zjawić?
- Jestem naprawdę zadowolony z twojej nowej postawy. Goście mają się zebrać jutro około 21, więc wpadnij po 22.
- W takim razie do jutra – uśmiechnęłam się dumnie, wiedząc, że plan zaczyna się powoli spełniać. Teraz niestety, trudniejsza jego część. Po kilku chwilach nareszcie odnalazłam numer komisariatu policji. Wybrałam czym prędzej numer, zagryzając wargę. Nie musiałam długo czekać.
- Czy mogę rozmawiać z funkcjonariuszem Shawnem? Mam kilka informacji odnośnie dochodzenia, które obecnie prowadzi – starałam się brzmieć poważnie. Wiedziałam, że jedynie on będzie mógł pomóc Justinowi. Kiedy odwiedził nas ostatnio, po tym jak James zranił Megan wydawał się naprawdę całkiem dobrym facetem. Miałam tylko nadzieję, że faktycznie, będzie w stanie uratować chłopaków.
- Shawn Mendes? - Usłyszałam w słuchawce. Od razu potwierdziłam. Nie pamiętałam czy podawał nam swoje nazwisko, więc musiałam improwizować.
- Shawn Mendes przy telefonie, słucham – znowu usłyszałam piskliwy głos i prawie wyskoczyłam z łóżka. To musiał być dobry znak.
- Witam, z tej strony Kate Cyrus. Niedawno był pan u mnie w domu w sprawie napaści Jamesa Connora na Megan Firch. Rozmawiał pan z Justinem Bieberem, moim chłopakiem. - Wytłumaczyłam, modląc się o to, by pamiętał.
- Tak, tak, bardzo dobrze pamiętam. Wasza sprawa była dość zawikłana.
- Taak i dlatego właśnie dzwonię. Bo uwikłała się jeszcze bardziej – zaśmiałam się cicho.
- Naprawdę? - Shawn brzmiał na rozluźnionego i naprawdę skorego do współpracy.
- Teraz Justin i James są oskarżeni o rzekomą napaść na Austina Mahone. - Cisza. Oczekiwałam jakiejś jego reakcji, ale kiedy jej nie uzyskałam, postanowiłam mówić dalej.
- Wie pan może kto prowadzi tę sprawę? Bo oni oboje są niewinni – skłamałam. Kim spojrzała na mnie zaskoczona. Pokazałam jej kciuk w górę, by bez słów przekazać swoje dobre zamiary.
- Ma pani jakieś dowody? Albo informacje?
- Austin jest zamieszany w dilerkę narkotyków. Organizuje często imprezy, na których opycha towar, ale ostatnio interesy szły mu coraz gorzej i potrzebował dużego zastrzyku pieniędzy. I właśnie dlatego wykorzystał ślady po imprezowej bójce, by wnieść oskarżenie i uzyskać od chłopaków odszkodowanie.
- Wierzę pani – odpowiedział natychmiast. - Ale to nie zmienia faktu, że potrzebujemy dowodów.
- Będzie je pan miał już jutro. Wystarczy pojechać do domu należącego do Austina Mahone jutro przed jedenastą w nocy i sam pan zobaczy.
- Jutro o jedenastej? Jesteś pewna? - Szybka zmiana na „ty” nie przeszkadzała mi, jeśli on faktycznie zjawi się z policją u Austina.
- Na sto procent.
- Mam ponad 24 godziny, powinienem zdobyć zgodę prokuratury na przeszukanie mieszkania.
- Nie będziesz musiał długo szukać. - Na te słowa zaśmiał się. - Tylko mam prośbę. Proszę, zrób wszystko, by Justin i James zostali uniewinnieni – i tymi słowami zakończyłam rozmowę. Kim prawie natychmiast złączyła moje drżące dłonie.
- Uspokój się, proszę. Już teraz nie chodzi tylko o twoje życie, kochana – posłała mi mały uśmiech. Odwzajemniłam go po dłuższej chwili. Wreszcie uwierzyłam, że to wszystko może skończyć się dobrze. A przynajmniej miałam taką nadzieję i postanowiłam się jej trzymać niczym koła ratunkowego.
______________________
Dziękuję, dziękuję, dziękuję!
Za co?
Za wszystko.

15.08.2015

026. Through the fire we're born again.

Justin's POV:
- Córciu, zbudź się, błagam. Kochanie... - To były ostatnie słowa, które usłyszałem, zanim wyszedłem z pokoju szpitalnego. Kate znowu tu trafiła i zdążyła być już raz reanimowana. Ja, jej matka, Kim i James od dwóch dni nie ruszyliśmy się poza teren obiektu, by razem wspierać się w tych trudnych chwilach. Nie było innej możliwości. Moja ukochana musiała wyzdrowieć.
- Doktorze Dollet – zaczepiłem starszego mężczyznę w kitlu, przechodzącego przez korytarz. W dłoni trzymał teczkę, w której treść był zaczytany. Spojrzał na mnie zaciekawiony. Bystrość, wypełniająca jego oczy była dla mnie porażająca.
- Słucham, młody chłopcze? - Zatrzymał się. Czułem jak jego niebieskie oczy analizują moją postać. Musiał mieć mnie naprawdę dość.
- Ja znowu w sprawie Kate.
- Ahh, to ta moja młoda pacjentka? Z uszkodzoną zastawką serca? - Pytał, chociaż oboje wiedzieliśmy, że tak, bo tylko o nią pytałem. Bezustannie. Przytaknąłem, przełykając ślinę. Nienawidziłem faktu, że akurat ona musiała być tak poważnie chora.
- W rzeczy samej. Może mi doktor powiedzieć dlaczego ona nadal nie odzyskała przytomności?
- Podaliśmy jej silne leki tuż po odzyskaniu oddechu i miarowego bicia serca. Właśnie dostałem wyniki badań. Muszę powiedzieć, że...
- Niech pan poczeka, pójdę po resztę rodziny, żebyśmy wszyscy mogli to usłyszeć, dobrze? - Według ekipy szpitalnej jestem narzeczonym Kate. Inaczej nie dopuściliby mnie do niej. Bez czekania po prostu wróciłem do pokoju, zabierając stamtąd roztrzęsioną matkę, Kim i zaspanego Jamesa. Mój przyjaciel nie spał odkąd dziewczyna trafiła do szpitala. Ja zresztą też nie. Oboje wyglądaliśmy jak obraz nędzy i rozpaczy z wielkimi worami pod oczami.
- Pełen komplet – skomentowałem, zatrzymując się przed lekarzem.
- Po raz kolejny mówię, że właśnie dostałem wyniki Kate i nie wyglądają za ciekawie. Powiedziałbym, że nawet...
- Niech pan nie przeciąga, panie doktorze – szepnęła rozgoryczona kobieta. Martwiła się o córkę, mimo że ostatnio się ze sobą nie kontaktowały. Od razu po dotarciu tu powiadomiłem ją. Prawie natychmiast zarezerwowała lot i kilka godzin później była na miejscu, z nami. Jej oczy tamtego dnia były mętniejsze, a skóra na twarzy bledsza niż zwykle. Zmarszczyłem czoło. Dopiero w szpitalnym korytarzu, podczas rozmowy z doktorem dostrzegłem jak zmarniała.
- Katherine potrzebna będzie operacja – stwierdził lekarz, przerzucając wzrok kolejno na każdego z nas. - Jej zastawka jest w opłakanym stanie, ale oprócz tego ma problem z prawą komorą serca. Powinna się na dniach obudzić, ale nie przeżyje długo bez nowego serca.
Wszyscy zamilkliśmy.
Każdy z nas wiedział, jak trudne jest pozyskanie tego organu.
Prawie natychmiast spojrzałem kątem oka na matkę Kate.
Zamknęła na chwilę powieki, by po chwili wybuchnąć głośnym płaczem. Atmosfera między nami jeszcze bardziej zgęstniała od nadmiaru smutku i goryczy.
James obrócił się na pięcie i wybiegł.
Kim chwyciła moją dłoń.
- Biegnij za nim, ja się zajmę mamą Katie. - Jak dobrze, że moja przyjaciółka była tam z nami. Nie wiem czy poradziłbym sobie z emocjami, gdyby jej zabrakło.
Przytaknąłem głową w stronę lekarza, na znak pożegnania i tak jak radziła blondynka, podążyłem za przyjacielem.
Na całe szczęście nie uciekł za daleko.
Znalazłem go, gdy siedział skulony na ostatnim schodku.
Płakał, z nogami podciągniętymi pod brodę.
- Jay – szepnąłem, siadając obok. Spojrzał na mnie swoimi przekrwionymi oczami. Wyglądał jakby miał niedługo umrzeć.
- Ona nie może... To nie może się dziać.
- Nie stanie się, ale nie możesz w to wątpić, chłopie – próbowałem sam siebie pocieszyć, chociaż wiedziałem, że istnieje możliwość... Nie, nie mogłem o tym nawet myśleć.
- Niech się obudzi, niech będzie z tobą, niech będzie szczęśliwa, ale błagam, Kate musi przeżyć – po usłyszeniu tych słów, upewniły mnie jedynie, że naprawdę odzyskałem przyjaciela.
- Chodź, bo może się w każdej chwili obudzić – nie protestował. W milczeniu podniósł się i razem wróciliśmy do sali.
Czekała nas tam niemiła niespodzianka.
Bo oprócz Kim i matki Kate, siedzieli tam również dwaj policjanci.
- Musimy was zabrać – nawet się nie przedstawili. Po prostu podeszli i zapieli nas w kajdanki. Poczułem się wtedy naprawdę gównianie. Nie dość, że zmuszony zostałem do wyjścia ze szpitala, kiedy była w nim nadal Kate to jeszcze jako przestępca.
- Przecież kaucja została wpłacona w dniu zgłoszenia oskarżenia – odezwałem się. Nie mogłem zostawić tak tego, bez protestu.
- Kaucja nie zwalnia was z odpowiedzialności. Dzisiaj dotarła na komisariat odpowiedź prokuratury, według której mamy was przenieść do aresztu na czas przed rozprawą.
Spojrzałem na Kim, która spoglądała ze złością na policjantów.
Starsza kobieta siedziała przy łóżku swojej córki.
Spojrzałem na obie.
I poczułem wszechogarniającą mnie rozpacz.
To nie może się tak skończyć.
Jedyne co pamiętam z czasu przejazdu do komisariatu to ciągłe myślenie o dziewczynie, którą musiałem zostawić, mimo jej tragicznego stanu.
Razem z Jamesem trafiliśmy do osobnych, sąsiadujących ze sobą celi.
I co wieczór, każdy z nas modlił się na głos o to, by wszystko skończyło się szczęśliwie.
Ja, słysząc nasze wzmocnione szepty, miałem nadzieję, że dzięki tym podwójnym błaganiom Kate faktycznie zostanie uratowana.
Bo jeśli nie, to nie wiem co się ze mną stanie.
*
Kim's POV:
Kiedy Justin i James opuścili szpital, wiedziałam, że zostałam jedyną osobą, na której polegać mogła matka Kate. Nie spuszczałam jej z oczu przez cały ten czas. Mimo, że nie rozmawiałyśmy ze sobą, wiedziałam, że czuje się lepiej, kiedy z nią jestem. Nie czuła się osamotniona w całym swoim smutku.
- Kim, prawda? - Usłyszałam dzień po „odejściu” chłopaków. Przytaknęłam, zaskoczona jej nagłą chęcią rozmowy.
- Tak – dodałam, łapiąc z kobietą kontakt wzrokowy.
- Kate cię zna?
- Tak, dużo pomagałam jej i Justinowi podczas kryzysów – posłałam w jej kierunku drobny uśmiech. Niezmiernie cieszyłam się z tego, że kobieta nareszcie się otworzyła i postanowiła ze mną porozmawiać.
- W takim razie dobrze, że cię mają. Są wspaniałą parą i szkoda, gdyby coś miało ich rozdzielić – westchnęła pod nosem, chwytając dłoń córki. Z każdą chwilą coraz trudniej było mi patrzeć na ból, który ta kobieta odczuwała.
- Wszystko będzie dobrze – szepnęłam, dostawiając sobie jedno z krzeseł tuż obok matki Kate. Spojrzałam na nią, mając wielką ochotę się rozpłakać.
- Ona musi przeżyć – usłyszałam, a stanowczy i wręcz groźny głos kobiety wywołał u mnie ciarki.
- Ona potrzebuje czasu – zamknęłam oczy. Nie potrafiłam bez płaczu patrzeć na blade, wyniszczone ciało Kate.
- Idę stąd – i nim się obejrzałam, matka dziewczyny przepchnęła się obok mnie, kierując się w stronę drzwi. Wpatrując się w jej plecy, udało mi się chwycić dłoń dziewczyny. Czyżby mi się wydawało, że jej palce się poruszyły?
- Niech pani poczeka! - Krzyknęłam, kiedy ta stała na progu pokoju. - Ona się chyba budzi – dodałam szeptem, wpatrując się w drżące powieki Kate.
- Córeczko – natychmiast cofnęła się, by stanąć przy krawędzi łóżka. Nie mrugała, wpatrzona w ciało swojej córki. - Wróć do nas.
- Jeśli nas zostawisz zabierzesz ze sobą mojego przyjaciela. Nie możesz tego zrobić, Justinowi. On cię kocha – zaczęłam bełkotać bez ładu i składu, mając nadzieję, że pojedyncze słowa takie jak „Justin” dotrą do niej.
Czułam jakby minęły lata świetlne zanim rozchyliła powieki.
Kiedy to już zrobiła poczułam ogromną ulgę.
Nim którakolwiek mogła zareagować, dziewczyna zwymiotowała wprost na szpitalną pościel.
Do pokoju wpadł lekarz, a za nim trzy pielęgniarki.
Medyczne przyrządy nagle zaczęły szaleć.
Wszystko działo się tak szybko.
*
- Co pan chce powiedzieć przez „podczas badań nam coś umknęło”? - Warknęłam, nie wierząc w jego brak profesjonalizmu.
- Nie robiliśmy USG, a badania krwi były w innym celu.
Kate nic nie mówiła, leżąc jak kłoda i wpatrując się w nas swoimi ledwie otwartymi oczyma.
- Do czego zmierzamy? - Tym razem odezwała się matka.
- Do tego, że moja pacjentka, Katherine spodziewa się dziecka. To dopiero początkowy etap. Zapłodnienie miało miejsce kilka lub kilkanaście dni temu.
Ziemia praktycznie osunęła mi się spod stóp.
Czy to znaczy, że Justin będzie ojcem?
I czy dziecko przypadkiem nie przeszkodzi podczas operacji serca, jeśli do niej dojdzie?
*
- Słyszałaś co powiedział doktor? - Spytałam natychmiast, siadając przy łóżku Kate.
Dziewczyna przeniosła na mnie wzrok.
- Mam trzy pytania.
Przytaknęłam, czekając na to co ma do powiedzenia.
- Gdzie jest Justin?
- Kate... - Przerwała mi.
- Co ona tutaj robi? - Wskazała ruchem głowy na własną matkę, po raz kolejny nie oczekując natychmiastowej odpowiedzi.
- I ostatnie. Kim, czy ja umieram?
Zadrżałam.
Co ja miałam jej wtedy powiedzieć?
____________
Nie ma dla mnie usprawiedliwienia. Dajcie mi po prostu skończyć to opowiadanie, bo naprawdę je pokochałam.
x WW.

28.07.2015

025. I needed one more touch, another taste of heavenly rush.

PRZEPRASZAM NAJMOCNIEJ, PRACA W RESAURACJI TO NAPRAWDĘ NIE PRZELEWKI. Każdego dnia zaczynam ok. 12/13, a kończę o 22 i po powrocie do domu nie mam na nic siły, dlatego też nie miałam czasu na napisanie rozdziału. Zresztą, nie miałam na nic czasu.
Ale mam dziś wolne, więc się za niego zabrałam! Miłego czytania x
________________
Kate's POV:
Wpatrywałam się uważnie w zadowoloną twarz Austina. Nie potrafiłam uwierzyć w jego bezczelność.
- W życiu się z tobą więcej nie prześpię. - Stanowczo powiedziałam, odzyskując siłę we wszystkich kończynach. - A jeśli jeszcze raz tu przyjdziesz będziesz musiał i mnie podać na policję – popchnęłam go w stronę drzwi, mając nadzieję, że wyjdzie. Był wyraźnie zaskoczony moją odmową. Ja natomiast byłam zdziwiona jak mógł sądzić, że się na to wszystko zgodzę. - Wypad, albo sama zadzwonię po psy – i nim powiedziałam coś jeszcze, on tak po prostu wybiegł. Czułam jednak, że ta groźba nie powstrzyma kłopotów, które na nas wręcz spływały.
Westchnęłam.
Ciekawe jak zareaguje Justin, gdy dowie się o tym, co właśnie się stało.
*
Justin's POV:
- Jeśli tam jest to przysięgam, że zabiję go własnymi rękoma – już chciałem wbiec do baru, przed którym staliśmy wraz z Kim, jednak ta mnie zatrzymała.
- Justin, kretynie, nie możesz się na niego rzucić.
- Bo?
- Bo ja tak mówię, a wiesz, że zawsze mam rację. - Chwyciła krawędź mojej koszulki i po prostu pociągnęła mnie w stronę lokalu. Okej?
- Jesteś szalona.
*
Od razu po wejściu zacząłem rozglądać się za Jamesem. Wiedziałem, że jeśli tu był, nie mógł mi uciec. Musiałem go złapać.
Moje spojrzenie zatrzymało się na ludziach tuż przy ladzie. Na jednym z wysokich stołków siedział nie kto inny, a właśnie mój były przyjaciel. I się, gnoju doczekałeś.
Nie podbiegłem do niego, jak radziła Kim, chociaż miałem przemożną ochotę. Trzymając dziewczynę pod ramię spokojnie podszedłem do mężczyzny. Stanąłem za nim, w takiej odległości, by bez przeszkód nachylić się nad jego uchem.
- I widzisz? Nie udało ci się uciec – szepnąłem. Poczułem jak od razu się napiął, ale zamiast uciec, okręcił się w moją stronę i spojrzał na mnie dziwnym spojrzeniem. Czyżbym widział w jego oczach skruchę?
- Myślałem, że ci się nie uda mnie znaleźć – brzmiał zaskakująco pozytywnie. I nie potrafiłem zrozumieć dlaczego?
- Brzmisz, jakbyś się cieszył, że cię znaleźliśmy – Kim uśmiechnęła się w stronę szatyna. Szyderczo, jednak był to ewidentnie uśmiech.
- Bo tak jest. Nie byłem na tyle odważny, by sam się zgłosić na policję, więc pozostało mi jedynie czekać aż mnie odnajdziesz.
- Słucham? - Poczułem się zbity z tropu. - Chcesz odpowiedzieć za to, co zrobiłeś Megan?
- Zasługuję na więzienie, ale nie żałuję tego. Dziewczynie się zasłużyło. Nigdy nie powinna próbować zagrażać Kate. - I nagle poczułem względem niego współczucie. Dążyliśmy oboje do tego samego. Kochaliśmy Katie i chcieliśmy dla niej wszystkiego, co najlepsze .Zrobiło mi się ciepło w sercu. Nadal był moim kumplem. Zbłądził, ale wiedziałem, że kiedyś to jemu najbardziej ufałem.
Przyglądałem mu się uważnie, by zbadać jego zachowanie. Może mnie podpuszczał? Może tak naprawdę szukał okazji do ucieczki?
- Nie wiem co mam powiedzieć.
- Nic, po prostu mnie stąd zabierz i jedźmy na komisariat – James wyciągnął przed siebie ramiona, jakby oczekiwał ode mnie, że zapnę go w kajdanki. Tak się jednak nie stało. Po prostu ruszyłem w stronę wyjścia, na chwilę oglądając się za siebie czy z pewnością idziemy w trójkę.
Tak było.
*
- Jesteś gotowy? - Spytałem Jaya, wysiadając z taksówki.
- Nigdy nie będę – odpowiedział, spojrzenie mając utkwione we własnych butach.
- Dasz radę. - Próbowała pokrzepić go Kim. W końcu całą naszą trójkę dużo łączyło w przeszłości.
- Cieszę się, że chociaż ty we mnie wierzysz.
- Stary, ja też wiem, że dasz radę. Pamiętaj, to wszystko dla Kate – podszedłem bliżej
i poklepałem go po plecach. Zaskoczony, posłał w moją stronę mały uśmiech. Szkoda, że dopiero teraz wszystko wracało do normy. Cieszyłbym się, gdyby dało się naszą przyjaźń uratować. Było już jednak za późno. Jamesa czekał wyrok, a mnie przyszłość z Kate.
*
- Dzień dobry – odezwałem się, gdy podszedł do nas komendant. Nie mogłem patrzeć na jego pieprzony wąs, który tak denerwował mnie podczas przesłuchania.
- Czyżbyś się za tym miejscem stęsknił, młody człowieku? - Zaśmiał się, bacznie obserwując naszą trójkę.
- To ja skrzywdziłem Megan – odezwał się James, wychodząc przed szereg. Zaniemówiłem, czekając na reakcję policjanta.
- Zraniłem Megan Firch. - Powtórzył, oddychając głęboko.
- I co z tego? - Spytał wąsaty mężczyzna.
Moja szczęka w tamtej chwili wylądowała najprawdopodobniej w piwnicy.
Czy ja się przesłyszałem?
- Powinienem chyba ponieść jakieś konsekwencje? - Głos Jamesa brzmiał, jakby był on równie zaskoczony co ja.
- Nie, jeśli ofiara nie wniosła oskarżenia, a tak się właśnie stało. Megan nie starała się pociągnąć cię do jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Nie wierzyłem własnym uszom.
Mój były przyjaciel obrócił się do mnie z szeroko rozdziawionymi ustami.
- Czyli nie pójdzie do więzienia? - Spytałem, by się upewnić.
Funkcjonariusz jedynie pokręcił głową.
I zanim się obejrzałem, oboje trwaliśmy w braterskim uścisku na środku komisariatu.
Mój były przyjaciel przestał być byłym.
*
- Nadal nie wierzę, że ona po prostu nie wniosła oskarżenia – powiedział James, gdy wysiedliśmy w trójkę przed domem Kate.
Domyślałem się dlaczego tak zrobiła i byłem pewien, że oni też wiedzieli. Megan za bardzo kochała Jamesa, by nawet w takiej sytuacji wsadzić go do więzienia. I chociaż wiedziałem, że jest on w pewnych chwilach wyjątkowo egoistyczny, wtedy zżerały go wyrzuty sumienia, które tak próbował ukryć.
Bez pukania wszedłem do domu, a za mną reszta.
- Kate – zawołałem od progu. Przeszliśmy wszyscy do kuchni, w której znajdowała się dziewczyna. Stała odwrócona do nas plecami, krojąc coś na blacie.
- Kochanie – słysząc mój głos aż podskoczyła. Podszedłem do niej, obejmując ją od razu ramionami w pasie. - Coś jest nie tak? - Szepnąłem wprost do jej ucha. Wiedziałem, że pokłóciliśmy się kilka godzin temu, ale wiedziałem, że takie sprzeczki jedynie umacniają nas związek. To dzięki nim poznajemy siebie jeszcze dogłębniej. Zacząłem martwić się o dziewczynę ze względu na jej reakcję. Obróciła się w moją stronę, dzięki czemu zobaczyłem jej zaszklone oczy. Zanim spytałem o cokolwiek ona pisnęła na widok Jamesa.
- Co on tu robi? - Spytała roztrzęsiona. Przesunąłem się. Cała nasza trójka wpatrywała się w nią z osłupieniem. Wyglądała na przerażoną. Czy to wszystko wina jej byłego chłopaka?
- Kate, spokojnie, wszystko ci wytłumaczymy – byłem wdzięczny Kim za szybką reakcję. Dziewczyna od razu podeszła do mojej ukochanej i objęła ją w pasie ramieniem.
- Usiądź, a wszystko ci wyjaśnimy. - Stwierdził James. W milczeniu wszyscy zajęliśmy miejsca przy wyspie kuchennej. Usiadłem obok Kate, by móc jej dotknąć i wesprzeć. Wiedziałem, że ostatnie dni były dla niej męczarnią.
- Dlaczego tu jesteś? - Szepnęła, nie odrywając wzroku od Jamesa.
- Musisz najpierw zrozumieć, że zrobiłem to dla ciebie. Nie mogłem patrzeć jak cierpisz przez tę chorą sukę. Miałem okazję, by ją ukarać, więc bez zawahania postąpiłem tak jak postąpiłem. I chcę powiedzieć, że nigdy w świecie bym tego nie cofnął. Megan jest zagrożeniem dla nas wszystkich. Nie możesz temu zaprzeczyć, prawda? - Nie czekał na jej odpowiedź. Mówił jakby już dawno miał to poukładane w głowie i tylko czekał na odpowiedni moment, by powiedzieć co mu na sercu leżało. - Ostatnie dni spędziłam w pubie, o którym Justin już kiedyś ode mnie słyszał. Miałem nadzieję, że mnie tam znajdzie i zrobi to, na co sam nie miałem odwagi. Zabierze mnie na komisariat.
*
Kate's POV:
Uważnie słuchałam słów Jamesa, bo wiedziałam, że niedługo sama będę musiała powiedzieć o zajściu z Austinem.
- I to dzisiaj zrobiliśmy. Tylko, że...
- Tylko, że co? - Warknęłam. - Dlaczego nadal tu jesteś?! Już dawno powinni cię zamknąć! Przez ciebie ja i Justin wylądowaliśmy w areszcie na dwa dni, a ty masz czelność przychodzić do mojego domu?!
- Kate, kochanie – usłyszałam głos Justina, ale zignorowałam go.
- Nie kochaniuj mi tu!
- Megan nie wniosła oskarżenia – nie wierzyłam w to. Po prostu...
- Nie mogłaby tego zrobić. - Szepnęłam.
- A jednak, zrobiła. - Tym razem do rozmowy włączyła się Kim. - Ale wszyscy wiemy dlaczego. Po prostu cię cholernie kocha, James. - I zapadła między nami grobowa cisza. Nikt nie wiedział co powiedzieć.
- Jeśli tak zrobiła, musiała mieć jakiś powód. Jej sprawa. Interesuje mnie teraz bardziej dlaczego wy oboje nie rzucacie się sobie do gardeł? - Przerzucałam spojrzenie z Jamesa na Justina, oczekując wiarygodnej odpowiedzi. Żaden z nich nie był skory do powiedzenia choćby słowa.
- Znów są przyjaciółmi – odezwała się ponownie blondynka. - Wiesz jak to jest... Są takie wydarzenia, które – przeżyte wspólnie – muszą się zakończyć przyjaźnią. Tęsknili za sobą, ale ty im w tym wszystkim przeszkadzałaś. Teraz twoje bezpieczeństwo i dobro jest ich wspólnym celem.
- Przeszkadzałam, powiadasz? - Poczułam gdzieś w środku zalążek ognia. Czemu nagle wszyscy zaczęli mnie tak cholernie denerwować?
- Ojoj, maleńka czyżbyś miała TE dni? Okres?
- Kim, zamknij się – obronił mnie Justin, lekko przytakując głową na potwierdzenie słów przyjaciółki.
- Wiecie co? Też mam dla was newsa – sarkastycznie się uśmiechnęłam, wiedząc, że kiedyś musiałam im to powiedzieć. Wszyscy wpatrywali się we mnie z zaciekawieniem. James z dodatkową skruchą.
- Dzisiaj był tu Austin – dwójka mężczyzn z towarzystwa jak na zawołanie podniosła się z krzeseł, przy okazji zrzucając je na podłogę. Byli czerwoni ze złości.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Wstałam z krzesła. Nawet nie zdążyłam zrobić kroku, gdy w kuchni pojawił się wcześniej wspomniany zielonooki, a tuż za nim dwójka napakowanych policjantów.
- Mówiłem, że wrócę? - Powiedział chłopak, a ja nagle poczułam, że tracę grunt pod nogami.
*
Justin's POV:
- Dzwońcie kurwa po karetkę! - Warknąłem, pochylając się nad Kate. - Ona ma chore serce!
_____________________________________________

DO KOŃCA OPOWIADANIA ZOSTAŁO JESZCZE OK. 5 ROZDZIAŁÓW ;)

15.07.2015

024. I try to stop but I keep on coming back for more.

Kate's POV:
Musiałam być naprawdę głupia, pozwalając mu tak po prostu wyjść. Przecież ja tak nie myślałam. Nie uważałam go za kapusia, nigdy przenigdy nie pozwoliłabym, by James znalazł się ponad nim. A teraz? Cholerne hormony!
On nie może ode mnie odejść, po prostu nie może.
Nie poradziłabym sobie bez niego.
Westchnęłam, przewracając się na drugi bok. Może po obudzeniu to wszystko okaże się marnym żartem, a Justin znowu będzie przy mnie? Z taką myślą udało mi się zasnąć.
*
Moja dzienna dawka snu coraz bardziej zaczynała mnie martwić. Przespałam minimum dwanaście godzin, o ile nie więcej. Rozciągnęłam się, przy okazji rozglądając się po sypialni. Justina nie było. Moje kąciki ust natychmiast opadły. A miałam nadzieję...
Po kilku minutach sturlałam się z łóżka, by bez jakiejkolwiek gracji wreszcie wstać i ruszyć do kuchni. Głód zaczynał mi doskwierać. Przygotowałam sobie na szybko grzanki, po chwili przesmarowałam je dżemem i wszystkie popiłam gorącym mlekiem. Nawet pyszne śniadanie nie potrafiło wyciągnąć mi z głowy kłótni z Justinem i jego odejścia. Proszę, niech Justin wróci.
Co ja miałam bez niego zrobić?
*
Mimo godzinnym staraniom, nie udało mi się wyczyścić plamy krwi, nadal widocznej na kanapie. Spojrzałam na nią ze smutkiem, który chwilę później zamienił się w obrzydzenie. Nie chciałam takiego życia, ciągły strach powoli mnie zabijał.
Zmęczona, wrzuciłam mokrą ścierkę do kuchennego zlewu. Chrzanić to, kupię nową sofę. Próbując wyrzucić z głowy Justina, postanowiłam zacząć oglądać jakiś serial. Zatrzymałam się tuż przed schodami, słysząc dzwonek do drzwi. Czyżby Justin postanowił wrócić?
*
Justin's POV:
- Kim, musimy pogadać – powiedziałem do telefonu. - Jesteś w Nowym Jorku?
- Zawsze dla ciebie – zaśmiała się. - Tylko gdzie?
- Park centralny. Potrzebuję świeżego powietrza.
- Jasna sprawa, kwadrans i tam będę.
- W takim razie do zobaczenia. - Miałem jedynie nadzieję, że dziewczyna mi pomoże, bo jeśli nie ona to kto? Musiałem w końcu schwytać Jamesa.
*
Kate's POV:
- Boże, proszę żeby to był Justin – szepnęłam do siebie, robiąc krok w stronę drzwi. Chwilę później, drżącymi dłońmi udało mi się je otworzyć. Na progu stał nie kto inny, a Austin.
Nie powiedział ani słowa na mój widok, a zamiast tego po prostu wepchnął mnie do domu.
- Gdzie są oboje?
- Kto? - Spojrzałam na niego w konsternacji, czując gdzieś w środku, że nadchodzą kolejne kłopoty.
- Justin i James. Ci dwaj kretyni – parsknął, rozglądając się dookoła. - Pewnie trzymasz ich w łóżku, co?
- Stul pysk – warknęłam, czując narastający ból. Justin wcale nie wrócił. Tylko o co mogło chodzić jemu? Wpatrywałam się w zielone oczy gościa. - Czego od nich chcesz? - Spytałam, chcąc, żeby wyszedł z mojego domu jak najszybciej. Nie mogłam zdzierżyć jego obecności.
- Powiem ci, ale obiecaj, że im przekażesz nowinki, hm? - Uśmiechnął się do mnie, a mną aż zatrzęsło. - Niech ci dwaj już lepiej szukają adwokatów, bo pozwałem ich oboje za ciężkie pobicie – i nagle rzuciły mi się w oczy żółto-zielone, wyblakłe ślady po siniakach, których sprawcami był Justin i James. Cholera, on nie mógł mówić poważnie.
*
Justin's POV:
- Wiesz, że to szukanie igły w stogu siana? - Razem z Kim przemierzaliśmy kolejne metry dróżki, przy okazji napawając się widokiem pięknej natury.
- A co twoim zdaniem mam zrobić? To jedyne wyjście. James nie jest na tyle głupi, by sam się pokazać, jeszcze kiedy szuka go policja.
- No właśnie, nie wolisz pozwolić im pracować? - Ona chyba nie mówiła poważnie?
- Żartujesz, prawda? Przecież wiesz jacy to idioci. Żadnemu z tej zgrai patałachów nie powierzę bezpieczeństwa mojego i Kate.
- Rozmawiałeś z nią o tym? - Blondynka chwyciła moją dłoń, by skierować nas w stronę ławeczki. Usiedliśmy oboje.
- Nie, bo wiem jakby się to skończyło: „Zwariowałeś, nie możesz tak ryzykować”; „James sam się przyzna i da się wsadzić za kratki”; „Nie możesz mnie zostawić samej”. Wszyscy wiemy, że on nie da się zamknąć, a jeśli się tak stanie to niech mi wielgachny kaktus na ręce wyrośnie.
- Taa, nadal nie wierzę, że tak was wkopał – westchnęła i nagle jej oczy się rozświetliły. - Megan również zniknęła, prawda? - Przytaknąłem. - A co jeśli oni uciekli razem? Może to była podpucha?
- Kim, bo zacznę wątpić, że blondynki jednak mają mózg. W tej bajce brakuje jedynie smoków i jednorożców.
- Cholera, Justin, ale pomyśl. Ciągle działasz schematycznie, myślisz według stereotypów. Użyj czasami instynktu i zastanów się, gdzie podziewać się teraz może twój były najlepszy przyjaciel – trzy ostanie słowa zaakcentowała, a ja zachęcony jej słowami, zatrzymałem spojrzenie na wieżowcu, wyrastającym ponad warstwę drzew i górującym nad wszystkim. Przecież do niedawna znałem Jamesa jak własną kieszeń, musiałem wiedzieć, gdzie mógł się podziać.
*
Kate's POV:
- Zwariowałeś, prawda? Oboje wiemy, że ci się należało – chłopak krążył dookoła mnie, a ja stałam, nie potrafiąc się praktycznie ruszyć. Byłam w totalnym szoku.
- To nie zmienia faktu, że samosąd w naszym stanie jest nielegalny, kochanieńka.
- Nie mów tak do mnie – warknęłam automatycznie. Nienawidziłam, gdy ktoś się wobec mnie spoufalał i nie był Justinem.
- Ohh, jaka szkoda, że nasz romans tak szybko się skończył. Twoja cipka to raj dla faceta – prawie się tam zrzygałam. Jeszcze chwila, a to ja rzuciłabym się na niego z pięściami.
- Stul pysk, gnoju – zbliżył się na tyle, że do moich nozdrzy dotarł zapach jego perfum. Nie dało się zaprzeczyć, były dobre, nawet bardzo dobre.
- Katie, Katie, okaż trochę pokory, a i może ja uchylę się nad karą dla twoich przyjaciół. - Uśmiech nie schodził mu z ust. Po chwili udało mi się przetrawić to, co między wierszami chciał mi przekazać.
To do mnie należał wybór. Albo Justin trafi za kratki albo ja oddam się Austinowi.
Z tej sytuacji nie dało się dobrze wydostać.
Nagle zwątpiłam w siebie, a moje ciało stało się wątłe.
- Więc jak, kochana? - Jego twarz nagle znalazła się naprzeciwko mojej, w zbyt małej odległości. Oprócz jego perfum, poczułam również oddech.
To nie może się skończyć dobrze.
*
Justin's POV:
- W Nowym Jorku mało było miejsc, w których wspólnie spędzaliśmy czas, a jeśli już to nie były one nigdy nader ważne. Zazwyczaj jakieś bary, kluby czy siłownie, nic nadzwyczajnego – myślałem na głos, nie odrywając oczu od wieżowca.
- Justin, myśl, błagam cię chłopie – ledwo dotarł do mnie głos Kim, bo moje myśli analizowały każdą ulicę w mieście. Gdzie ten patałach mógł się podziać. I nagle wspomnienia zatrzymały się, a oczami wyobraźni wróciłem do baru. Baru Tequila. No oczywiście!
- James kiedyś poznał Eduarda, gość był z Portugalii czy skądś tam. Kolejny alvaro do jego kolekcji znajomych. Podczas rozmowy wspomniał, że udało ten jego przyjaciel otworzył lokal swoich marzeń. Tequila. Nie ma człowieka na świecie, który kochałby ten alkohol bardziej od niego. Eduardito wisiał mu chyba jakąś przysługę, więc wcale się nie zdziwię, że to on go ukrywa.
- Wiedziałam, że dasz radę, Bieber! Teraz w drogę!
I nim mogłem wymyślić jakikolwiek inny plan, my już kierowaliśmy się do lokalu.
Niech się dzieje co chce, a i tak odnajdę Jamesa.
Dla Kate gotowy byłem zrobić wszystko.
Nawet umrzeć.
*
Kate's POV:
- Możemy porozmawiać w kuchni? - Szepnęłam, nie potrafiąc nawet spojrzeć na Austina.
- Widzę, że wreszcie złapaliśmy wspólny język. Mam nadzieję, że nie na długo pozostanie to jedynie przenośnią.
- Jesteś obrzydliwy – nie potrafiłam się powstrzymać. Chłopak natychmiast zamilkł. Myślałam, że wyjdzie.
- Prowadź więc.
Cholera, czułam, że prawdziwe kłopoty dopiero nadejdą.
I to o wiele szybciej, niż bym chciała.
*
- Ładny ten dom – skomentował chłopak, siadając przy wyspie kuchennej tuż obok mnie. Wiedziałam, że powstrzymywał się przed złapaniem mnie za kolano. Kuse, krótkie spodenki potęgowały jego kosmate myśli.
- Dzięki – wydukałam.
- Ale nie jestem tu po to, żeby rzucać komplementami na prawo i lewo. Domyślasz się, czego od ciebie oczekuję. - Nie mówiłam nic, nie chcąc, by prawda wyszła z moich ust. On musiał to powiedzieć, nie ja.
Zagryzłam dolną wargę, wpatrując się w swoje dłonie.
- Chcę żebyś mi się oddała. Cała – usłyszałam jego chrapliwy szept tuż przy moim uchu. Prawie podskoczyłam. - Tylko wtedy dam Justinowi i Jamesowi spokój. Jeśli się nie zgodzisz, trafią za kratki.
I co ja do cholery miałam zrobić?
Udało mi się spojrzeć w zielone oczy Austina.
Już znałam odpowiedź.
I wy pewnie również się jej domyślacie.
____________
no witam, witam! Jak myślicie, Kate zostanie wierna Justinowi i nie da się omotać przez Austina czy jednak szantaż okaże się zbyt przekonujący i dziewczyna pozwoli chłopakowi na wszystko? Na odpowiedzi czekam w komentarzach! Pamiętajcie, że mogę się nimi potem sugerować podczas pisania dalszych rozdziałów.
PS. To cud, że rozdział dodaję tak szybko. Praca w restauracji jest naprawdę wyczerpująca, ale oprócz niej i czasu poświęcanego na sen, znalazłam również chwilę, by zdołać coś naskrobać.
PS2. Komu z was chociażby przez myśl przeszło, że Austin zechce się zemścić?
PS3. Kto kibicuje Justinowi i Kim?! Ja naprawdę nie mogę się doczekać ich wizyty w Tequili!
PS4. KOLEJNY ROZDZIAŁ POJAWI SIĘ JESZCZE W TYM TYGODNIU! much love xx

10.07.2015

023. You make me feel like I'm out of my mind.

Justin's POV:
- Tylko nie to – przerażona Kate szepnęła. Jedyne czego chciałem w tamtej chwili to zabrać od dziewczyny cały strach i niepewność. Wiedziałem, że dopóki nie poddamy się i będziemy razem nic nas nie pokona. Wstałem więc i z głośno bijącym sercem wyszedłem z pokoju, pozostawiając ukochaną samą.
- Jeśli to James to ukręcę mu kark – powiedziałem do siebie, będąc coraz bliżej drzwi. Martwiłem się, że od ciągłego łomotania drzwi wypadną z zawiasów.
- Już, już! - Warknąłem, pokonując dzielące mnie od wyjścia dwa kroki. - Co się dzieje? - Przede mną stał policjant.
- Justin Bieber, prawda? - Byłem bliski wybuchnięcia śmiechem. Głos funkcjonariusza przypominał momentami pisk spanikowanej pięciolatki.
- No chyba tak, o ile mama mnie nie okłamała – zażartowałem, nie spuszczając z niego oczu. - A co?
- Musimy porozmawiać – i bez żadnego słowa po prostu przekroczył próg domu.
- Zapraszam do kuchni – udało mi się wykrztusić, wskazując mężczyźnie kierunek ramieniem.
- Dzięki.
*
- Jakieś postępy w dochodzeniu? - Spytałem, wyciągając z szafki szklanki. - Napije się pan soku? - Dziwnie było mówić „per pan” do kogoś raptem kilka lat starszego.
- Chętnie. Cóż, jeśli można nazwać tak zagubienie ofiary i podejrzanego to tak, są postępy.
- Megan też gdzieś zniknęła?
- Tak i jedyne co nam zostawiła to kartka z napisem „To nie ich wina”, więc... jesteście jakby odsunięci od kręgu głównych podejrzanych.
- Super – zironizowałem, przewracając oczami. - Więc co tu pana sprowadza? - Starałem się być uprzejmy, ale widok jego munduru i tej młodej, niedoświadczonej twarzy jakoś mnie deprymował.
- Mam do ciebie kilka pytań.
- Ahh tak, więc słucham – usiadłem naprzeciwko, opierając się ramionami o blat wyspy kuchennej. Podałem mu szklankę, nie mogąc się doczekać aż wyjdzie. Im szybciej tym lepiej.
- Przede wszystkim... Co łączyło...
- Justin? - Cholera, Kate. Spojrzałem w stronę drzwi, na których progu stała.
- Kochanie, wróć do pokoju – poprosiłem, mając nadzieję, że tym razem mnie posłucha. Cóż, nadzieja matką głupich, bo dziewczyna zamiast zawrócić dosiadła się do nas.
- A pan tutaj po co? - Spytała trochę otępiona i zagubiona. Wpatrywałem się w jej niebieskie, zmartwione oczy.
- Pan policjant ma do nas kilka pytań – odpowiedziałem ogólnikowo.
- Już nie wrócimy do aresztu? - Jej zachowanie przypominało postawę pięciolatki, która nie chce wrócić do „niedobrego miejsca”.
- Kochanie, już nie jesteśmy podejrzani – po raz kolejny się wtrąciłem, nie chcąc by cokolwiek tłumaczył jej ten patałach.
- Więc jeśli możemy przejść już do sedna sprawy... – Funkcjonariusz spojrzał na nas oboje, po chwili sięgając do kieszeni munduru. Wyjął notatnik.
- Megan zniknęła, wypisała się przedwcześnie ze szpitala, a ten jak mu było... James? Jest... jakby to powiedzieć... nieuchwytny.
- Po prostu policja nie potrafi wyśledzić takiego idioty, jakim jest – warknąłem z pogardą, myśląc, że policjant zagrozi mi za chwilę aresztem. Nic takiego się jednak nie stało, a on nadal wpatrzony był w swój notatnik.
- I dlatego dziś jestem u was. Wy również chcecie by James trafił za kratki, co? - Przytaknąłem ledwo zauważalnie, Kate natomiast zachowywała się jakby była w innym świecie. Skupiła swoje spojrzenie w punkcie, znajdującym się obok głowy policjanta i nie potrafiła oderwać od niego wzroku.
- Należy mu się – słowa uciekły z moich ust zupełnie automatycznie.
- To opowiedzcie mi wszystko co wiecie na jego temat – Kate wyraźnie nie była skora do rozmowy, więc ani ja ani policjant jej o to nie prosiliśmy. Zacząłem mówić.
- Przez wiele lat się przyjaźniliśmy. Kiedy związał się z Kate dużo mi o niej opowiadał, niekoniecznie w samych pozytywach – moja wersja była sporo okrojona, ze względu na to, że nie chciałem, by dziewczyna wszystko słyszała. - Wiedziałem również, że po pewnym okresie związał się z inną, nie zrywając przy tym z Kate. Zaskoczył mnie, kiedy przyznał się, że chce z tą drugą, a była nią Megan, wziąć ślub. Niedługo się znali, a już chcieli podjąć tak ważną decyzję. Nie wspominając już nawet o tym, że on nadal utrzymywał związek z Kate – nie mogłem na nią spojrzeć. Nie chciałem ujrzeć bólu w jej oczach. Chociaż James już jej nie dotyczył i byłem pewien, że nic do niego nie czuje to wiedziałem, że zaboli ją wracanie do tych przykrych wspomnień.
Policjant mi nie przerywał, a ja opowiadałem dobry kwadrans o tym, co działo się w Los Angeles i później, o zniszczonym ślubie i powrocie wszystkich tu, do Nowego Jorku.
- No to niezła kabała – nie potrafiłem określić czy był bardziej zażenowany postawą Jamesa czy zaskoczony tym, ile mogliśmy wycierpieć.
- Taa, można tak powiedzieć – odpowiedziałem, biorąc łyk napoju i przeczesując włosy palcami. - Trochę się zmieniło. Kate jest teraz ze mną, James zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni, a Megan... Jej potrzebna będzie pomoc psychologa – podsumowałem. Dziewczyna, która przez cały czas siedziała tuż obok mnie nagle wstała i wybiegła z kuchni, przewracając przy okazji krzesło.
- Ja przepraszam, ale czy jeszcze coś chce pan wiedzieć? - Musiałem być w tamtym momencie przy niej, dosłownie słysząc jak jej serce rozrywa się na pół. Jak na taką drobną osóbkę za dużo przeszła.
- Nie, nie, już wszystko co było mi potrzebne wiem, dzięki – otrząsnął się z zadumy, chwiejnie wstał i razem ze mną ruszył w stronę wyjścia.
- Zrobimy wszystko, by odnaleźć Jamesa – zatrzymaliśmy się tuż przed drzwiami wyjściowymi. - Powinien zgnić w celi. - Zszokowany nagłą zmianą udało mi się jedynie przytaknąć.
- Taa. - Kiedy już myślałem, że mężczyzna wyjdzie, odwrócił się w moją stronę i wyciągnął dłoń.
- Jestem Shawn.
- Justin – posłałem mu mały uśmiech. Po chwili objął mnie „po męsku” i klepnął kilka razy w plecy.
- Wiem, że to nieprzyjemna nowina, ale jest szansa, że jeszcze do was wpadnę.
- Bylebyś z komisariatu nie przytargał ze sobą tego palanta z wąsem.
Zaśmialiśmy się.
*
- Kate – szepnąłem, delikatnie otwierając drzwi od sypialni. Dziewczyna leżała na łóżku, wtulona w poduszkę. Łkała tak głośno, aż dziw, że jej nie usłyszałem na dole.
- Wszystko w porządku? - Zagadnąłem, starając się nie robić głośnych kroków.
- A wygląda jakby było? - Jej głos był stłumiony przez pościel i łzy, ale nagle poczułem się dziwnie winny. Jakbym zrobił coś naprawdę złego.
- Co jest, kochanie? - Przysiadłem na krawędzi łóżka, ale prawie natychmiast stamtąd zleciałem. Cholera, czy ona naprawdę mnie kopnęła?
- Nic mi nie jest!
- Przecież widzę...
- Wy, faceci, jesteście tacy niedomyślni! Idź stąd – otworzyłem usta z wrażenia.
Czy mnie coś ominęło?
Posłuchałem i zrobiłem jak chciała. Bez słowa wyszedłem z sypialni, mając nadzieję, że później wytłumaczy mi co do cholery się stało.
*
Zanim przestała płakać minęła prawie godzina, a moje wyrzuty sumienia już dawno pochłonęły prawie cały mózg. Tylko dlaczego? Co wywołało w dziewczynie taki nagły atak złości?
Myślałem, że skoro przestała łkać to wyjdzie wreszcie z pokoju i będziemy mogli spokojnie porozmawiać. Oh, jak bardzo się myliłem. Czas upływał nieubłaganie, a dziewczyna jak siedziała w pokoju wcześniej tak nigdzie się nie ruszyła. Po bitwie myśli odważyłem się sam po raz kolejny spróbować z nią pertraktować.
Uchyliłem drzwi sypialni i wszystko nagle stało się dla mnie jasne. Dziewczyna nie przestała płakać z własnej woli, po prostu zasnęła z wycieńczenia.
Skoro tak to chyba mam pomysł jak jej poprawić humor. Chwilę później już jechałem w stronę centrum handlowego. To musiało wypalić.
*
Starałem się załatwić wszystko jak najszybciej, jednak chęci to nie wszystko. Ze sklepów wróciłem dopiero po półtora godzinie. Ledwo udało mi się przedostać przez drzwi wejściowe, obładowany po pachy. Skierowałem się w prawo, mając nadzieję, że dziewczyna nadal drzemie. Cóż, nadzieja matką głupich, bo Kate w momencie, kiedy ja wszedłem do kuchni, zalewała kupek wrzątkiem.
Nie odezwała się, ale nie potrafiła ukryć zaskoczenia wypisanego na twarzy, gdy zobaczyła zakupy. No, bo nie co dzień widzi mnie z paczką tamponów w jednej dłoni, w drugiej z kwiatami, nie wspominając o przeźroczystej reklamówce z lodami i markowej torbie ze sklepu odzieżowego.
- Pomyślałem, że ci się przyda ze względu na... te dni – uśmiechnąłem się do niej, w myślach błagając o to, by nie zdenerwowała się po raz kolejny. - Aaa i prawie bym zapomniał! - Odłożyłem zakupy na wyspę kuchenną, by móc wyszarpać z kieszeni spodni leki przeciwbólowe na skurcze. Wpatrywałem się w nią, próbując rozszyfrować jej uczucia w tamtej chwili. Na całe szczęście dostrzegłem błysk szczęścia, więc czym prędzej się do niej zbliżyłem i objąłem jej zastygłe ciało.
- Kocham cię, Kate – szepnąłem wprost do jej ucha.
- Justin... - Przełknąłem głośno ślinę, zestresowany ciszą, która między nami zapadła. - Ja ciebie też, naprawdę mocno – dopowiedziała, a mi spadł kamień z serca.
- Chodź jeść, bo się jeszcze roztopią – zaśmiałem się, delikatnie się od niej odsuwając.
Posłała mi mały uśmiech.
Czyżbyśmy znowu wracali do normalności?
*
Lody zostały zjedzone, kwiaty wsadziłem do wazonu, który zaś postawiłem na szafce w sypialni Kate. Torbę z ubraniami wsadziłem jej po prostu do szafy, a resztą zajęła się sama. Około dziewiętnastej znowu leżeliśmy razem na jej łóżku.
- Też bałeś się, że to mógł być James? - Spytała cicho, wpatrując się w sufit.
- Nie, gdyby to był on to nawet bym się ucieszył. Ukręciłbym kark i byłoby po problemie. - Poczułem jak dziewczyna zastygła, głośno wciągając powietrze. - Co jest?
- Czemu jesteś do niego taki uprzedzony? - Szepnęła, a ja poczułem jakby uderzyła mnie w twarz.
- Słucham? Jaki jestem?
- Uprzedzony – powtórzyła bez zająknięcia. - Cały czas się na niego złościsz, a dzisiaj przy policjancie zachowałeś się jak totalny kapuś – na dłuższą chwilę odjęło mi mowę. Ona mówiła poważnie?
- Chyba żartujesz – parsknąłem, podnosząc się na ramionach.
- A wyglądam jakbym żartowała? - Spojrzałem na jej bladą i lekko opuchniętą twarz. Czy te jej oskarżenie wywołane jest okresem? Wpatrywałem się w jej mętne oczy.
- W takim razie co ja tu jeszcze robię? - Spytałem sam siebie, wypowiadając to jednak na głos. I chwilę później już zbiegałem po schodach. Nie miałem zamiaru znosić tego całego gówna. Może się opamięta, kiedy nie będzie miała nikogo do bzykania.
_____________
Justin taki idealny, a Kate... no cóż, każda z nas zna urok okresowych humorków :D
rozdział taki jakiś normalny, ale jeszcze będzie czas na ostrzejsze akcje :-)
niestety, mam smutną wiadomość. jeśli ktoś czyta mojego aska to wie, że od niedawna mam problem z internetem w telefonie, z którego na wakacjach robię router, by móc wrzucać rozdziały z laptopa. transfer skończył mi się po raz DRUGI, więc nie wiem czy uda mi się namówić tatę na trzeci :( a nowy dostanę na pewno dopiero 25... aktualnie wrzucam ten rozdział dzięki serdeczności mojej siostry i jej super WiFi, ale... ona niedługo jedzie na urlop i nie wiem jak to będzie:( poza tym już nie mam rozdziałów na zapas, a od jutra zaczynam pracę. wiem, obiecałam, że rozdziały pojawiać się będą często i tak będzie, ale nie oczekujcie ode mnie dokładnych dat :p mam nadzieję, że dwa razy w tygodniu to wystarczająco, co? jeśli tak to postaram się tyle wrzucać. :) to tyle ode mnie, misie! miłego weekendu! xx
much love ♥

8.07.2015

022. We need someone to lean on.

Kate's POV:
- Jesteście wolni – usłyszałam tuż po przebudzeniu. Pobyt w areszcie był dla mnie jak długi sen. Przez prawie cały czas spędzony tam, spałam, bo tylko w świecie marzeń byłam bezpieczna. Justin, widocznie weselszy, natychmiast pomógł mi wstać. Uśmiechnęłam się do niego, kiedy razem wychodziliśmy z celi.
- Ale radzę wam się nigdzie poza obręb stanu nie ruszać – szepnął na odchodne policjant. - Może będziemy was jeszcze potrzebować.
- Jasne – warknął Justin, który już pewnie nie mógł patrzeć na funkcjonariuszy.
- Justin – objęłam go ramieniem w talii, pocierając fragment pleców. - Chodźmy stąd.
Czułam się, jakbym spędziła tam rok, a nie dwa dni.

*
Justin's POV:
Gdy oboje wyszliśmy przed komisariat czułem się jak nowo narodzony. Wszystko było bardziej wyraziste, barwniejsze, a przede wszystkim wyjątkowo jasne.
- Wreszcie wolni – szepnąłem do ucha dziewczyny. Machnięciem dłoni próbowałem przywołać taksówkę. Za trzecim razem mi się udało.
- Wszystko dobrze? - Spytała Kate, nie odrywając ode mnie wzroku w samochodzie.
- Jak na człowieka, który dopiero wyszedł z aresztu to całkiem okej – próbowałem rozluźnić atmosferę, ale nie wyszło, bo nawet kierowca spojrzał na mnie z dezaprobatą. Poprosiłem go o przewiezienie nas do szpitala.
- Po co tam?
- A nie interesuje cię co z Megan? - Oczy Kate od razu się zaszkliły, a usta lekko rozchyliły. Pocałowałem ją delikatnie, chcąc dodać dziewczynie otuchy. - Wszystko będzie dobrze.
- Justin, on nie może po prostu uciec. Powinien odpowiedzieć za to, co jej zrobił.
- Wiem, skarbie, wiem. Zrobię wszystko, by gnój spędził resztę swojego życia w pierdlu.
Wpatrując się bezustannie w twarz Kate, zauważyłem, że kąciki jej ust delikatnie opadły na moje słowa.
*
Kate's POV:

Nie byłam pewna dlaczego słowa Justina zakuły mnie gdzieś wgłębi.
- Coś nie tak? - Usłyszałam, kładąc głowę na barku chłopaka.
- Nie, nie – zaprzeczyłam automatycznie, chociaż czułam, że coś jest nie tak. Cholerka.
- Justin, co jeśli ona... nie żyje? - Spytałam o coś, co pewnie i jemu zajmowało umysł. - Co jeśli przez te dwa dni stan Megan się pogorszył?
- Wydaje mi się, że jeśli by się tak stało, policjanci albo by nas o tym powiadomili albo po prostu przetrzymali przez kolejne dwa dni – Justin nie wierzył we własne słowa, więc i mnie one nie pocieszyły.
- Boję się – jego dłoń znalazła się na moim kolanie. Ten gest wręcz dosłownie rozlał ciepło w moim sercu.
*
Po kilku minutach wysiedliśmy z taksówki, a ja uświadomiłam sobie, że od wielu godzin nie skorzystałam z prysznica. Śmierdziałam.
Oh nie, poprawka. Oboje śmierdzieliśmy.
- Im szybciej to załatwimy, tym szybciej będę mogła się umyć – szepnęłam do siebie, czekając aż Justin okrąży samochód. Gdy znalazł się obok mnie, złapał moją dłoń i ruszył w stronę drzwi automatycznych. Zaraz wszystkiego się dowiemy.
- Dzień dobry – szatyn przywitał małą, przysadzistą pielęgniarkę, stojącą w recepcji.
- Witam – odpowiedziała skanując nas bystrym spojrzeniem.
- Czy moglibyśmy zajrzeć do Megan Firch?
- Już sprawdzę, w której sali leży.
Czekałam, aż poda ten cholerny numer. Numer. Nie mów, że kostnica, tylko nie kostnica.
- Pani Megan dwie godziny temu opuściła nasz szpital – w oczekiwaniu na te słowa, martwiłam się o wręcz dygoczące z przejęcia serce.
- Czyli wszystko z nią okej? - Spytałam bez zastanowienia. Musiałam mieć pewność.
- No tak – pielęgniarka patrzyła na nas jak istoty z innej planety, a kiedy jej wzrok utknął na naszych tłustych włosach jej oczy wręcz tryskały jadem.
- W takim razie dziękujemy, do widzenia – i nim się obejrzeliśmy, znów staliśmy na dworze.
- Uff, całe szczęście, że wszystko jest okej – chciałam krzyczeć z radości, czując ogromną ulgę.
- Niekoniecznie. Teraz trudniej będzie nam ją znowu znaleźć, a jeśli tego nie zrobimy to...
- Nie, nie chcę tego słyszeć. Wracajmy do domu, bo czuję się niekomfortowo – nawet na niego nie spojrzałam. Chciałam tylko się wykąpać i wskoczyć do własnego łóżka, milion razy przytulniejszego niż prycza w celi.
- Dobrze.
*
Justin's POV:
Kiedy udało się Kate zasnąć, sam poszedłem się umyć. W mojej głowie ciągle przewijał się obraz zakrwawionej Megan i moment, w którym policjanci zabierali nas na przesłuchanie.
- To się, cholera, musi skończyć – warknąłem, celując pięścią w mokre kafelki w kabinie prysznicowej. - Oni oboje muszą zniknąć z naszego życia, tym razem ja się tym zajmę – i już wiedziałem, co muszę zrobić najpierw. James. Odnajdę go.
*
Przez pierwsze dwie godziny, o ile nie więcej wpatrywałem się w uśpiony profil Kate, układając w głowie plan działania. Podstawowym problemem był fakt, że nie wiedziałem gdzie podziewać się może James i raczej nie dałbym rady dowiedzieć się tego, nie mówiąc dziewczynie prawdy. A tego zrobić nie chciałem. Musiałem załatwić to sam, bez jej ingerencji i porad. Po męsku. Tylko jak do cholery znaleźć faceta, który zniknął jak kamfora?
*
Słysząc ciche pochrapywanie ukochanej zrobiło mi się ciepło na duszy. Jednak szybko to uczucie przerodziło się w niepokój, przypominając sobie o późnym dostarczeniu tabletek antykoncepcyjnych. Cholera, spieprzyłem, ale miałem nadzieję, że mimo to konsekwencje zmaleją do zera. Bo ostatnia rzecz jaka nam była teraz potrzebna to ciąża czy dziecko.
Myśląc o kolejnych dniach, modliłem się, by pierwszy pojawił się w tym domu James. Jeśli tak by się stało, sprawa byłaby załatwiona. Zadzwoniłbym od razu na policję, a jego zmusiłbym do powiedzenia prawdy. Wtedy Megan nawet nie miałaby po co do nas przychodzić, bo w końcu jej ukochany byłby daleko od Kate. Boże, czuwaj nad nami, bo coś czuję, że nie będzie lekko.
I z tą myślą, udało mi się wreszcie zasnąć.
*
Szczerze? Nawet nie wiem jak długo spaliśmy. Mogliśmy przespać jeden dzień albo jedynie kilka godzin, bo gdy się obudziłem, świtało. Nie budziłem dziewczyny, która nadal smacznie spała u mojego boku. Postanowiłem wstać i zrobić coś konstruktywnego.
Dom wydawał się dziwnie cichy i jakby... martwy? Będąc na parterze od razu podszedłem do kanapy, na której jeszcze niedawno leżała ranna Megan. Plamy krwi wsiąknęły w materiał, więc nie czekając dłużej, w kuchni zamoczyłem czystą szmatkę, polewając ją odrobiną płynu. Szorowałem sofę przez dłuższą chwilę i, mimo że plama zbladła to niezupełnie zniknęła. Będzie trzeba kupić nową.
Kate nadal nie dała o sobie znać, więc w kuchni zabrałem się za sprzątanie, by po chwili móc wreszcie zrobić dla nas dwojga porządne i obfite śniadanie, o którym marzyłem, będąc w celi. Więzienne żarcie smakowało niczym papka dla psów (chociaż nigdy nie jadłem, jestem pewien, że tak właśnie było).
Jakiś kwadrans przed dziewiątą usłyszałem kroki na schodach. Uśmiechnąłem się, patrząc na cudy, które bez spalenia domu, udało mi się przyrządzić. Omlety z owocami, jajecznica, małe kanapki i na dodatek, dzbanek wypełniony świeżym wyciskanym sokiem z pomarańczy.
- Ojej, zaszalałeś – skomentowała Kate, wchodząc do pomieszczenia z na wpół zamkniętymi oczami. Uśmiechnęła się zupełnie szczerze, a jej żołądek zaburczał, by również zaaprobować przyrządzony posiłek.
- Nie ma za co – zaśmiałem się, podchodząc do niej.
- Jesteś najlepszy – schyliłem się, by pocałować jej kształtne usta. Dziewczyna natychmiast wyszła mi naprzeciw, oplatając mój kark.
- Chodź lepiej, bo zaraz wystygnie – oderwałem się od niej, chcąc zostawić sprawy intymne na później.
- Od kiedy ty taki... pośpieszny.
- Zawsze taki byłem – odpowiedziałem kpiąco, nalewając soku do szklanek.
- Jakoś nigdy nie zauważyłam – Kate nie odrywała ode mnie wzroku, zalotnie trzepiąc swoimi rzęsami. Cholera, kochałem ją na zabój.
- Smacznego, kochanie.
- Nawzajem – i zapadła cisza, którą od czasu do czasu przerywał zgrzyt sztućców.
*
Popołudnie wreszcie było normalnym, takim jakim powinno być, bez żadnych afer i irytujących sytuacji. Siedzieliśmy razem w sypialni, oglądając film na laptopie Kate. Mieliśmy spędzić czas na kanapie w salonie, jednak plamy krwi dobitnie nam te plany zniweczyły.
- Jest cudownie – szepnęła dziewczyna, wtulając się w mój biceps.
- Chodź do mnie – i nagle film przestał być ważny. Zatrzasnąłem laptopa i odłożyłem go na podłogę. Ramieniem objąłem drobne ciało Kate i oboje wylądowaliśmy na plecach.
- Jak myślisz, co teraz będzie? - Usłyszałem w jej głosie nutę strachu i zdenerwowania.
- A co ma być? Może w końcu uda się nam zaznać trochę spokoju i szczęścia?
- Sugerujesz, że wcześniej byłeś ze mną nieszczęśliwy? - Podniosła się na łokciach, skupiając się na moich oczach. Szukała w nich potwierdzenia. Jej usta ułożyły się w sarkastyczny uśmieszek.
- Biorąc pod uwagę momenty, gdy razem ze sobą nie byliśmy to wtedy tak, byłem nieszczęśliwy i to przeogromnie.
- Cóż za romantyzm! Czuję się jakbym cię poznawała od zupełnie innej strony, Justin.
- Mam ich tyle, że nigdy się mną nie znudzisz.
- I tak, by się to nie stało.
- Trudno mi w to jakoś uwierzyć – podniosłem się i przełożyłem nogę przez jej obie, unosząc się na kolanach. Wisząc nad nią zacząłem się uśmiechać jak wariat. Widziałem iskierki w niebieskich oczach Kate, a one zawsze wywoływały we mnie ekstazę. Na nowo jest spełniona i bezpieczna, a w dodatku cała moja.
- Powinieneś być bardziej pewny siebie.
- A co jeśli stanę się krnąbrny i zadufany w sobie, niczym jakiś narcyz?
- I tak będę cię kochać. - Oboje zaśmialiśmy się, a po chwili nasze usta złączyły się po raz kolejny owego dnia. Cholera, mogłoby tak być zawsze.
*
- Nie sądzisz, że powinniśmy skończyć to co zaczęliśmy? - Przez chwilę myślałem, że chodzi jej o seksualne zaspokojenie, co nie da się ukryć, ucieszyło mnie, jednak ona dodała: - Film? Zachowaliśmy się jakbyśmy mieli w dupie losy bohaterki i jej poszukiwanie idealnego partnera. .
- Ty już masz swój ideał, po co zajmować się czyimś? - Zażartowałem, sunąc palcem po jej zaróżowionym policzku.
- Ohh, cofam swoje słowa! Jednak twoja samoocena nie jest tak niska jak podejrzewałam.
- Mówiłem, że mam wiele stron – moja dłoń zaczęła się zsuwać w dół, kierując się kolejno na jej szyję, dekolt, aż po piersi, które wręcz podskoczyły czując mój dotyk.
- Nie dzisiaj – szepnęła Kate. Spojrzałem na nią zaskoczony.
- Coś nie tak?
- No tak jakby... Mam okr.. - Nie dokończyła, ale nie musiała. Domyśliłem się. Gorszy był powód, przez który przestała mówić. Sam odczułem dyskomfort, a krew w moich żyłach jakby przestała krążyć, gdy usłyszeliśmy głośny łoskot drzwi wejściowych. Ktoś się do nas dobijał.
Cholera, wiedziałem, że nie będziemy mieć spokoju.
Tylko... Kto tym razem?
__________________
turururu, ta dam! kolejny rozdział za nami! i co wy na to? któż mógł odwiedzić naszą ukochaną parkę? udzielajcie odpowiedzi w komentarzach :) dwa rozdziały na tydzień? to wystarczająco czy wolelibyście trzy? ;) może uda mi się coś jeszcze wyskrobać i dodam w weekend! ♥ do następnego, moi kochani! much love xx